Gwałtowne burze, jakie ostatnio są normą, sprawiły, że padł mi router od komputera i nie miałam dostępu do globalnej sieci. Ja to ja, ale moje nastolatki chodziły, jakby ktoś im odciął dostęp do tlenu! Nie skomentować zdjęcia koleżanki na fejsie? Cały dzień zmarnowany.

Szkodę (przezornie ubezpieczyłam się od tzw. przepięcia) zgłosiłam ubezpieczycielowi czyli PZU. Ponad dwa tygodnie czekałam na agenta. Nawet trochę zła byłam, bo ile można czekać na człowieka, który ma zrobić parę zdjęć i opisać, jak to z routerem było?

Wreszcie przyszedł. Siedział zgnębiony i nie przypominał człowieka z reklamy. Oczywiście naciągnęłam go na zwierzenia. – Wysiadam – mówi mi ten starszy miły pan. – Dawniej było nas kilku, teraz zostałem sam na całe północne województwo. Koleżanka w ciąży, kolega na zwolnieniu. A szkód coraz więcej, ostatnio normą są podtopienia i zalania piwnic czy domów.