Nonsensowne wymysły ustawodawców sprawiają, że człowiek wychodzi na lepszego cwaniaka, a w dodatku traci czas. Tak było, gdy córka zapomniała wziąć legitymacji szkolnej do pociągu.

O polskiej kolei napisano wszystko, i w zasadzie każda negatywna rzecz o niej przytoczona będzie prawdą. Pociągi się spóźniają, nie przyjeżdżają wcale, zmieniają trasy z powodu remontów, jakakolwiek informacja jest totalną prowizorką, a więcej kierowników i dyrektorów niż pracowników w kilkunastu różnych spółkach pkp, za pośrednictwem swoich wiecznie radosnych rzeczników prasowych, śle na nasze redakcyjne mejle informacje o: konkursie plastycznym „Kocham pociągi”, o książeczkach z kredkami dla maluchów, by nie dłużył im się czas jazdy w tychże pociągach, o tym, że uczestnicy powstania warszawskiego przez kilka dni mogą jeździć koleją bez biletów (!), albo, że jak pomalujesz bilet w fioletowe kwiatki, to dostaniesz cukierka Milki Way. Ale dotyczy to tylko biletów kupionych w dni parzyste.

Oczywiście żartuję, podobnie zresztą jak czyni to pkp, doprowadzając codziennie swym poczuciem humoru tysiące pasażerów do szewskiej pasji. I jak tu nie marzyć o Deutsche Bahn? W 70. rocznicę tegoż powstania warszawskiego?

Dlatego brak legitymacji to pryszcz. Ale było tak. Konduktorka podchodzi i widząc przerażoną minę córki wybacza. Po paru minutach zawraca jednak i mówi, że w drodze powrotnej musimy dopłacić do biletu, bo inaczej może być kara. Moja radość z faktu, że udało mi się zapłacić za podróż w dwie strony tylko 40 zł (bilet rodzinny) pryska.

Po załatwieniu sprawy w stolicy wchodzimy na dworzec i widzimy nadjeżdżający nasz pociąg. Gdyby nie brak legitymacji byśmy do niego weszły i odjechały. Ale jako uczciwa dupa pytam stojącego przy drzwiach konduktora, czy mogę u niego dopłacić do biletu, bo córka zapomniała legitymacji (ma 14 lat i na oko widać, że jest jeszcze uczennicą). Konduktor przegląda bilet i stwierdza, że to jest inna spółka i u niego dopłacić się nie da. Trzeba iść do kasy.

Tagi: PKP, pociąg, bilet, legitymacja.