Jestem zafascynowana Kazachstanem. Zresztą – jak na fana Wschodu przystało – nieprzewidywalne rejony po prawej stronie mapy Polski zawsze robiły na mnie o wiele większe wrażenie niż po przewidywalnej stronie lewej. A im dalej na prawo, tym ciekawiej. Docieram tam poprzez rosyjskojęzyczne kanały informacyjne, na które przerzucam się nie mogąc słuchać tego, co serwują nasze rodzime.

Zamiast durnych programów z celebrytami, wiadomości, gdzie newsem dnia jest wyjścia jakiegoś Żalka z PO czy dyżurnych gadających głów, powtarzających te same frazesy, TV posłałaby paru korespondentów do Kazachstanu właśnie, Uzbekistanu, Chin, Izraela, a nawet Mongolii.

Tam dzieją się niesamowite rzeczy – choć wszystko na to wskazuje, że dla wielu telewizyjnych decydentów mniej ciekawe niż życie matki Madzi. Nawet Tomasz Lis, który swojego czasu nagrał kilka ciekawych zagranicznych wywiadów teraz woli zaprosić do studia Kasię Figurę i zapytać o jej życie intymne. Tak ważne dla losów Polski i świata.

W Kazachstanie nie byłam, ale byłam w Uzbekistanie. Lata temu wprawdzie i pobyt kojarzy mi się głównie z zemstą faraona, jaka zaatakowała mój wrażliwy żołądek, ale wystarczyło, by poczuć klimat tych niezwykłych miejsc. Zobaczyłam Taszkient, plac Dagestanu, cudowne medresy, czajchany, a także Bucharę i Samarkandę. Istniał jeszcze wtedy ZSSR, ja miałam 20 lat i pstro w głowie, ale nie dało się nie odnotować, że rosyjskie napisy w tym kraju pasowały jak kwiatek do kożucha. Rosjanie byli zwykłymi najeźdźcami i ta naoczna wiedza pozwoliła mi zweryfikować informacje o drużestwie narodów, jakimi karmili nas nauczyciele języka rosyjskiego na zajęciach z TPPR (kto pamięta, co to za skrót?).

Kazachstan w latach 90. był niejako bliźniakiem Uzbekistanu, czyli ogólnie synonimem biedy i stagnacji. Teraz to tygrys Azji.

Tagi: Azja, Kazachstan, Astana, media, edukacja.