Koleżanka nauczycielka przychodzi na kawę. I mówi, że to skandal, że jest środek wakacji, a ona nie miała jeszcze w ręku rządowego podręcznika, z którego od września będzie uczyć maluchy, w tym sześciolatki. – 15 lat uczę, ale takiej sytuacji jeszcze nie miałam – narzeka znad filiżanki kawy. – W dodatku nie mam pojęcia, czy ten podręcznik będzie dobry czy kiepski, czy ja się w nim odnajdę. Nikt go z nami, nauczycielami, nie konsultował. Po co?

Uważam też – dodała znów przechylając filiżankę z kawą – że powinniśmy mieć furtkę, aby szkoła mogła wybrać sobie inne niż rządowe podręczniki.

Sprawdzam, czy to możliwe. Okazuje się, że istnieje taka możliwość, ale tylko teoretyczna, ponieważ zgodnie z rozporządzeniem MEN, zakup innego podręcznika niż ministerialnego wymaga zgody organu prowadzącego szkołę, który w takim przypadku pokrywa koszty jego zakupu.

Cytuję: „Zgodnie z zapisami ustawy wyposażenie uczniów klas I–III szkół podstawowych w podręczniki do zajęć z zakresu edukacji: polonistycznej, matematycznej, przyrodniczej i społecznej zapewnia minister właściwy do spraw oświaty i wychowania. Ustalenie innego podręcznika, niż zapewniony przez Ministra Edukacji Narodowej wymaga zgody organu prowadzącego szkołę, który w takim przypadku pokrywa koszty jego zakupu”.

– A który organ się na to zgodzi? – mówi koleżanka. – W zasadzie jesteśmy skazani na jedynie słuszny podręcznik.

Tagi: szkoła, podręczniki, MEN, nauczyciele, pierwszoklasiści.