Jakiś czas temu przyjaciółka opowiadała mi, że historie o znajomej, której zmarł mąż. Para nie miała dzieci. Żyli dla siebie, jako małżeństwo, które opiera się i na miłości i na przyjaźni. Choroba i śmierć męża odebrała kobiecie najlepszego przyjaciela.

Kilka dni po śmierci do pracy przyszła jakaś kontrola. Pani kontrolerka spytała pogrążoną w żałobie kobietę, czemu jest taka smutna. Wdowa szczerze odpowiedziała, że właśnie pochowała najbliższego sobie człowieka. Kontrolerka nie odezwała się nawet słowem. Gdy skończyła kontrolę, żegnając się z wdową powiedziała: „I więcej uśmiechu proszę pani! Więcej uśmiechu!” Zupełnie nie zauważyła, że brak jej taktu i nie wykazała się nawet odrobiną współczucia. Nie ona jedna. Ten brak taktu i współczucia to ostatnio jakaś norma. Chora norma.

Kilka lat temu koleżankę zwalniano z pracy w ramach redukcji etatów. Jej kolega spytał ją czy może wziąć jej biurko, bo potem, jak już ona pójdzie, to jej biurko i tak ktoś dostanie, a on by je chciał, więc… Nie było w nim refleksji, że może takie pytanie, zadawane kobiecie, którą po prostu wyrzucają z pracy jest pozbawione taktu.

Wczoraj usłyszałam od znajomego historię, którą podobno żyje cała Holandia. Jakiś starszy pan zdecydował się na eutanazję. Podał konkretną datę. Po pewnym czasie dostał list od pielęgniarki, która miała dokonać „zabiegu” z pytaniem, czy nie mógłby zdecydować się na śmierć o tydzień wcześniej. W przeciwnym razie jej plany urlopowe legną w gruzach…