Wszyscy chcemy być bogaci, dorabiać się przez całe życie i w wieku około 67 lat, kiedy już przejdziemy na emeryturę, cieszyć się życiem. Wielu z nas wierzy, że gdy zakończymy pracę, to otrzymywać będziemy emeryturę, która pozwoli nam na spokojne przeżycie do końca życia. Z ręką na sercu odpowiedz sobie – czy wierzysz, że ktokolwiek poza Tobą samym zadba o Ciebie finansowo na emeryturze?

Nawet jeśli w to wierzysz, to zastanów się proszę jak się będziesz czuć mając 67 lat. Czy będziesz na tyle sprawny fizycznie i psychicznie by skutecznie korzystać z czasu bez pracy? Co będziesz robić w tym czasie? Spróbuj to sobie wyobrazić.

Ja jestem przekonany, że emerytura w okolicy 70-tki to niestety zbyt późno. Nie tylko ze względu na mnie, ale ze względu na moją rodzinę. Czy wszyscy dożyjemy tego wieku by móc wspólnie spędzać czas? Czy moje dzieci, którym teraz poświęcam za mało czasu, będą w ogóle zainteresowane utrzymywaniem kontaktu ze starszym panem? Czy nie będę zbyt schorowany, obolały i zmęczony życiem, by móc czerpać z niego przyjemność i cieszyć się wolnym czasem? Odpowiedzi na te pytania mogą być smutne, ale taki smutny scenariusz wygląda wysoce realistycznie.

Nie mam również złudzeń, że polski system emerytalny zmierza w bliżej nieokreślonym kierunku. Wiem, że wystarczy kilka prostych decyzji administracyjnych, np. zamrożenie waloryzacji rent i emerytur, podwyższenie wieku emerytalnego, centralna redukcja emerytur o 50% itp. Bez względu jak to nazwiemy, to istnieje całkiem spora szansa, że tego typu decyzje będą za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat w pełni uzasadnione ekonomicznie. I jakkolwiek bym się nie zżymał i nie próbował sobie przypomnieć ile pieniędzy znalazło się w ZUS na moim koncie emerytalnym, to mój wpływ na zmianę takich administracyjnych decyzji będzie bliski zeru.

A może wierzycie w II filar ubezpieczeń? Przez ostatnie 12 lat pracy, na moje konto emerytalne OFE, wpłynęło łącznie 31 018,23 zł wpłaconych przez moich pracodawców (z czego około połowa tej kwoty czyli 15 716,08 zł, wpłynęła do końca 2003 roku, czyli 10 lat temu). Dzisiaj moje jednostki uczestnictwa warte są “aż”… 54 030,62 zł. Moje przeciętne inwestycje osiągały lepsze stopy zwrotu.

Czy mnie to martwi? Nie do końca. Po prostu nie mam złudzeń. Zakładam, że nie otrzymam sensownej emerytury i będę musiał żyć wyłącznie z tych środków, które sam zgromadzę. Wiem, że im ciężej będę pracował teraz, tym wcześniej będę mógł zebrać kapitał potrzebny do zakończenia “kariery zawodowej”. Być może będę musiał pracować do 70-tki, ale tak naprawdę moim celem jest osiągnięcie niezależności finansowej (wolę ten termin od wolności finansowej, która wydaje mi się być strasznie górnolotnym hasłem) w wieku 50 lat. Planowałem, że nastąpi to już w okolicach 40-tki, ale popełniłem zbyt wiele błędów i zaniechań. Uczciwie mówiąc, będąc w dosyć komfortowej sytuacji zawodowej, unikałem martwienia się o przyszłość. W zbyt małym stopniu korzystałem także z dostępnej wiedzy na ten temat.