- Gdybym jeszcze raz żył, w ogóle nie przejmowałbym się swoimi dziećmi – powiedział mi wujek Rysio, zwieszając głowę. – I tobie też radzę. Pomyślałam, że przesadza. Każdy normalny rodzic przejmuje się swoim dzieckiem i chce dla niego jak najlepiej. A potem przypomniałam sobie ślub Mariusza, syna wujka Staśka.

Wujek Rysio miał bogatych rodziców, którzy jeszcze za komuny sprzedali swoje włości i pobudowali dzieciom domy. Wujek też taki domek dostał. Dorobił się dwojga dzieci, a ponieważ miał dobry fach w ręku i w dodatku robotny był za dwóch, majątek pomnażał, a latoroślom swoim nie żałował. Które co chciało, to miało.

Jeden syn chciał się kształcić, więc się wykształcił, ale drugiego do nauki nie ciągnęło. Mimo, że wujek Rysio powtarzał, że pieniędzy nie poskąpi ani na studia, ani na szkolenia, warsztaty czy kursy językowe za granicą – byleby syn jakoś się w życiu ustawił. Lata leciały, syn hasał, jego koledzy zakładali rodziny, zostawali kierownikami i dyrektorami, a syn, Piotruś Pan, myślał, że jak tylko będzie chciał, to wszystko nadgoni. Nie da się.

Wujek Stasiek całe życie pił. Konkubina też za kołnierz nie wylewała, spłodzili trzech synów. Maluchy lądowały od czasu do czasu w pogotowiu opiekuńczym, nocowały na klatce albo szwendały się po mieście. Gdy najmłodsze miało pięć lat, ich matka poszła na wiele lat w cug i wujek Stasiek sam musiał dziatwę chować. Lekko nie było – ani bogato, ani schludnie, ani mądrze. Nikt z dziećmi lekcji nie odrabiał, o korkach nikt nie myślał, a ciuchy donaszały jedno po drugim. Stopnie w szkole takie sobie, ale kto by się przejmował, skoro kolejne pół litra w lodówce się mrozi.

Tagi: dzieci, wychowanie, bogaci rodzice, nauczyciele, studia, szkolenia, pogotowie opiekuńcze, .