Jestem zdecydowanym zwolennikiem cywilizacji śmierci. I wcale nie chodzi o to, że w swoich książkach zabiłem ponad dwadzieścia osób.

Nawiasem mówiąc, usiłowałem policzyć dokładnie, ale natrafiłem na spore trudności: czasami są kłopoty z definicją (czy jak bohater opowiada o zabitych w przeszłości, to też ich liczyć?) albo w ogóle brak konkretnych danych. W „Złodzieju trumien” ze zbioru „Między prawem a sprawiedliwością” występuje seryjny morderca, ale autor nie uznał za stosowne podzielić się z czytelnikiem informacją, ile tenże ma ofiar na sumieniu (że wygłoszę tę samokrytykę).

W realnym życiu stanięcie po stronie cywilizacji śmierci oznacza opowiadanie się za tym, by kobieta mogła usunąć niechcianą ciążę, a nie topiła niechcianego noworodka w beczce, by zgwałcona przez ojczyma jedenastolatka nie musiała donaszać ciąży, by młoda kobieta nie umierała, bo musi urodzić bezmózgi płód, by ciężko chorzy i kalecy mogli korzystać z terapii opartych na komórkach macierzystych, by bezpłodne pary mogły zaznać radości rodzicielstwa. Gdzie tu śmierć, zapyta ktoś z innej planety. Spokojnie, nie uciekła. Przy takim zestawie jest duże prawdopodobieństwo, że będę zwolennikiem eutanazji, a to śmierć w czystej postaci. Czyli, jak widać, etycznie całkowita degrengolada, dosłownie tanatofilia w przeciwieństwie do wysokiego morale przedstawicieli cywilizacji życia, sprzeciwiających się temu, by człowiek spokojnie umarł, skoro może jeszcze pocierpieć. Przecież wiadomo, że przez cierpienie dotyka się istoty życia.