Moi rodzice mają działkę za miastem, piękną, z domkiem, ogródkiem warzywnym, sadem owocowym, i tak dalej. 
Zaczęłam ją doceniać.

Przywożę z niej różne płody ziemi. Ot choćby natkę z pietruszki dzieciom do kanapek, bo ma dużo żelaza.

Wstawiam do wazonika; po dwóch dniach, choć woda jest wymieniana, listki natki zaczynają żółknąć, a na trzeci-czwarty dzień niewykorzystana nać nadaje się jedynie do wyrzucenia. Przywożę wtedy następną porcję.

Ostatnio mąż wymyślił jakieś egzotyczne danie, a że akurat działkowej natki w domu nie było, kupił w Tesco. Mija właśnie tydzień, a natka, wciąż stojąca w wazoniku w tej samej wodzie, nadal jest śliczna, intensywnie zielona, wygląda jak sztuczna. – Zobacz tę swoją natkę – nie szczędzę złośliwości mężowi.