Jestem świeżo po rozmowie na temat ciężkiego porodu, w wyniku którego dziecko jest w stanie ciężkim z niejasnymi rokowaniami na przyszłość, a matka musiała zostać poddana trudnej operacji bezpośrednio po 24 godzinach porodu.

Naturalnego porodu, bo tak zaplanował lekarz (być może konsultował to z pacjentką, być może nie) i zwlekał z decyzją o cesarskim cięciu. Jako, że wyobraźnię mam dobrą, wczułem się w rolę ojca. Pierwsze myśli i uczucia wyglądały tak:
Patrzę na kochaną kobietę, która przed urodziła nasze dziecko. Jest wyczerpana, wygląda jak cień człowieka, a ja nie mam pewności, czy to przeżyje. Łzy cisną mi się do oczu, gdy pomyślę, ile wycierpiała, a mój mózg drąży wściekłe i natrętne pytanie: Dlaczego nikt jej nie pomógł?! Dlaczego zwlekano z „cesarką”?! Patrzę na dziecko w inkubatorze i wtedy już chyba nic nie jest w stanie zatrzymać łez. Żal bezsilność zamienia się łatwo w gniew. Gdy pomyślę o tym, że dziecko może być kaleką do końca życia z powodu braku reakcji na przedłużający się poród, budzi się we mnie morderca….

Nadchodzi moment, gdy próbuję sobie to wytłumaczyć: Może lekarz konsultował poród naturalny i zachowanie matki go uspokoiło, może nic nie wskazywało na kłopoty…? Nic…?! A czas porodu?! Znowu ogarnia mnie wściekłość, czytam historię dziecka Bartłomieja Bonka (brązowego medalisty w podnoszeniu ciężarów z olimpiady w Londynie), identyczny błąd, identyczne kłopoty. Wspominam historie kobiet, które spędzały noc na porodówce, charakteryzującą się tym, że pielęgniarki znikały nie wiadomo gdzie. Wspominam przedmiotowe traktowanie pacjentów, niczym maszyny, która potrzebuje tylko energii, smarowania i uwagi podczas obsługi. Nawet maszyna potrzebuje uwagi i ciągłego monitoringu. Człowiek potrzebuje dodatkowo ludzkiego traktowania, poszanowania godności, intymności….