Piewcy konsumpcyjnego stylu życia często przywołują sprawę wydatków i oszczędności w kontekście wzrostu gospodarczego. Dominuje pogląd, że wzrost wydatków pobudza rozwój całej gospodarki, a osoby oszczędne hamują ten proces, powodując wstrzymanie obiegu pieniądza. Osoby prowadzące konsumpcyjny styl życia postrzegane są jako te, które napędzają gospodarkę, a oszczędzający piętnowani, jako ludzie samolubni, myślący jedynie o swojej wygodzie. W wielu przekazach jak mantra powtarzane jest przekonanie, że trzeba wydawać, by pobudzić wzrost. Jest to pogląd, z którym nie mogę się zgodzić. W sprawach wydatków i oszczędności, jak w wielu aspektach finansów, najważniejsza jest równowaga…

Piszę ten wpis, by rzucić nowe światło na tą kwestię i by bronić oszczędnych, w tym siebie. Oczywiście rozumiem związek między wzrostem wydatków i wzrostem dochodów. Firmy zarabiają więcej, więcej inwestują i zatrudniają kolejnych pracowników, którzy dodatkowy dochód przeznaczają na zakup dóbr i usług, co pobudza inwestycje w innych przedsiębiorstwach i całej gospodarce. Wszyscy się bogacą i świat jest piękniejszy, wydają więcej, a firmy inwestują coraz więcej by ten dodatkowy popyt zaspokoić. Każda inwestycja wymaga jednak kapitału i skądś ten kapitał trzeba wziąć. Tak właśnie dochodzimy do oszczędności.

Ci, którzy nie wydają całego dochodu, zachowując jego część, szukają dla niej efektywnej lokaty. Mogą być to lokaty bankowe, akcje obligacje itd. To one, w dużej mierze tworzą bazę kapitałową w gospodarce. Gdy firma potrzebuje kapitału na inwestycje w moce produkcyjne (ewentualnie start działalności) zwraca się po te pieniądze do banku. Bank, by móc zaspokoić popyt na kapitał sam musi tym kapitałem dysponować. Im więcej go ma zgromadzonego na lokatach, tym ten kapitał będzie tańszy. Im więcej lokat, tym taniej firma pozyska środki na inwestycje i taniej sprzeda wyprodukowane produkty (mniej musi na nich zarobić by pokryć odsetki).