W Rynku mojego 50-tysięcznego miasta królują ciucholandy (tłum kłębi się od rana do wieczora), banki i parabanki, sklepy z serii „wszystko po 4 złote” oraz komisy z telefonami komórkowymi. Są jeszcze sklepy z chińszczyzną – dziesięć staników w cenie pięciu. Ostatnio pojawiły się dwie odzieżowe sieciówki (kapitał angielski i francuski) – młodzież wyciągnie od ojca i matki ostatnią kasę, żeby tylko coś tam sobie kupić.

Za rogiem jest szewc. Stary dobry szewc parę lat temu płakał: Pani, syn mój, jedynak, na studia poszedł i ani słyszy, żeby buty reperować. Nie mam komu biznesu przekazać, szkoda narzędzi, lat pracy i klientów. Kilka dni temu zachodzę, a syn siedzi i wierci szpilorkiem zelówki na kopycie. – Pracy nigdzie nie ma, to i fachu się uczy – cieszy się szewc, który już dawno na emeryturze być powinien.

Za drugim rogiem sklep z dziecięcymi ciuszkami. Sprzedająca tam kobieta całą zimę marznie – piecykiem się dogrzewa, bo szron lśni na ścianach zapyziałej kamienicy. W kościach ją łamie, cały czas na prochach.

– Klientów jak na lekarstwo, ale co mam zrobić? – pyta pani Basia. – Gdzie ja pójdę w tym wieku?

Za kolejnym rogiem ciucholand. Kobieta koło 30.: Jestem architektem krajobrazu, 5 lat byłam w Anglii. Wróciłam, pracy nie znalazłam, więc postanowiłam otworzyć własną działalność – opowiada. – Sprowadzam ciuszki dziecięce z Anglii, wyglądają jak nowe. Nawet nieźle mi to idzie.

Ciucholand powstał w miejscu jedynej w mieście galerii sztuki. Jej właścicielkę nie było stać na ciągle rosnący czynsz. Po 30 latach prowadzenia galerii zlikwidowała ją. – Co mam teraz robić i z czego żyć? – pyta pani Zofia.

Za czwartym rogiem parabank. Siedzi zbolała kobietka, chce pożyczyć 2 tysiące złotych. Pracuje jako salowa w szpitalu, bank nie chce jej dać pożyczki, a ona musi córce kupić sukienkę i buty na studniówkę. Już teraz, bo potem będzie drożej. – Wie pani, ja muszę jej to kupić – podkreśla i patrzy na mnie, dziennikarza dopytującego o powody przyjścia do tego zdziercy-parabanku (kapitał niemiecki), podkrążonymi oczami.

Pan Janek, 60 lat, pół życia prowadził dobrze prosperujący warsztat ślusarski. Dobre skończyło się, gdy w mieście pojawił się market „nikomu nie pozwolimy pobić naszych cen” (kapitał francuski). Są wierni sobie – nie pozwalają.