Sala kinowa pełna ludzi głodnych wrażeń – tu para lesbijek czekająca na trzygodzinną odyseję miłosną bogatą w emocji i gorące uczucia, tam samotni panowie wypatrujący odważnych scen seksu w wykonaniu dwóch pań, gdzieniegdzie zdezorientowani ludzie, którzy nie wiedzą po co i na co, ale wypada zobaczyć, bo to jakąś ważną nagrodę dostało, w Cannes czy w innej Francji.

Wielkie zachwyty światowych krytyków, rodzimi recenzenci z muchami w nosie wznoszą Kechiche’a na piedestał, prawie przylepiają mu łatkę bóstwa. Zdawkowe relacje znajomych – że mocny, szokujący, że to jest pornografia. Znikają reklamy, gasną światła – gotowi czy nie, rozpoczynamy niemal trzygodzinny seans. Z początku na sali panuje cisza, wszyscy w skupieniu śledzą losy głównej bohaterki. Po jakimś czasie słychać szepty, ciche rozmowy, chrząkanie. Raz po raz ktoś rusza w stronę toalet wcale nieciekawy jak potoczą się losy postaci. W kulminacyjnych momentach, tych najmocniej naładowanych emocjami, bezimienna masa parska cichym śmiechem. Z zasady tego nie akceptuję, to jest kino, to jest pełna kultura. Niestety – moi współtowarzysze mieli do tego pełne prawo. Razem z nimi i ja się zawiodłem. 

Abdellatif Kechiche odważnie rozciąga swoją opowieść na czas, w którym niejeden reżyser zmieściłby dwa różne filmy. Razem z Adèle spędzamy całe długie dziesięć lat eksplorując jej życie – bardzo ładny tytuł mówi nam wszystko. Naszą bohaterkę poznajmy gdy jest jeszcze w liceum, ma piętnaście lat i pod naciskiem koleżanek, czując, że musi, postanawia stracić dziewictwo. Nie z byle kim! Z chłopakiem, który od jakiegoś czasu ukradkiem zerka w jej stronę na szkolnych korytarzach. Czuje, że to jednak nie to, a pewność zyskuje z chwilą poznania błękitnowłosej Emmy, wyjadaczki w światku lesbijskim, której niestraszna własna seksualność. Zaczyna się ich wspólna przygoda.

Tagi: „Zycie Adeli”, film, recenzja, Abdellatif Kechiche.