Ta historia wydarzyła się naprawdę. Opowiedział ją Solomon Northup, w autobiograficznej książce zatytułowanej „12 Years A Slave” (w polskim tłumaczeniu: „Zniewolony. 12 Years a Slave” – czy tylko ja nie rozumiem tego translatorskiego zabiegu?). Steve McQueen odgrzebał tę historię, przenosząc ją na ekran, w efekcie startując do wyścigu po Oscary.

W roku 1841, na północy Stanów Zjednoczonych czarnoskórzy obywatele kraju już od jakiegoś czasu cieszyli się wolnością, podczas gdy niewolnictwo w stanach południowych wciąż było czymś powszechnym (13. poprawka weszła w życie dopiero w grudniu 1865 roku). Solomon Northup (nominowany do Oscara Chiwetel Ejiofor) mieszkał na północy kraju. Był człowiekiem wolnym, wykształconym, oddanym rodzinie, powszechnie szanowanym. Miał jednak to nieszczęście, że zaufał niewłaściwym ludziom. Skrzypek, podstępnie zwabiony do Waszyngtonu wizją zarobku, został porwany i sprzedany handlarzom niewolników. Tak zaczęła się historia jego dwunastoletniej niewoli.

Solomon łudził się, że cały ten horror to zwyczajne nieporozumienie i sprawa szybko się wyjaśni. Trzeba mu przyznać, że bez względu na to jakich wydarzeń jest świadkiem czy uczestnikiem, trzymał się dzielnie, nie tracąc nadziei. Los tę jego siłę wystawił na długą próbę. 12 lat niewoli dla człowieka, który zna smak swobody to zupełnie co innego niż piętno niewolnika towarzyszące od narodzin. Mężczyzna przechodził z rąk do rąk i tylko od łaskawości jego pana zależało to, jak ciężkie będą dlań kolejne dni. W roli złych-białych ujrzymy m.in. nie takiego znowu najgorszego Forda (Benedict Cumberbatch – tak, tak, to ten od roli Sherlocka w Sherlocku) i prawdziwą bestię Edwina Eppsa (Michael Fassbender, po raz trzeci współpracujący z McQueen’em), któremu w niczym nie ustępuje jego wredna żona (Sarah Paulson).

Tym, co od razu mocno uderza w widza jest poczucie bezsilności.
Tu nie ma miejsca na wyjaśnienia, nikt ich nie wysłucha.
Tu nie ma miejsca na negocjacje, niewolnik traci jakiekolwiek prawa, na rzecz bezwzględnego posłuszeństwa.

Tagi: Solomon Northup, Zniewolony, film, recenzja, Steve McQueen.