„Rokendrol” to u swych źródeł muzyka buntu. Dziś już jednak znacznie rzadziej funkcjonuje na obrzeżach, rzadziej bierze się z biedy, z chęci wyrwania z niej i wykrzyczenia niezgody na zastany porządek. Blokowiska, wysypiska czy śląskie hasioki to od lat raczej domena hip-hopu niż gitar i perkusji. Rock trafił na salony, trafił do dobrych, najlepszych domów. Wyrosły ze dwa pokolenia wychowane na tej muzyce, buntujące się może przeciwko zestawowi rodzicielskich nakazów i zakazów, ale wychowane w tak czy inaczej rozumianym dobrobycie.

St. James Hotel powstał w 2009 roku z inicjatywy Jacka Raciborskiego i Tomasza Pełczyńskiego, którzy do dziś stanowią trzon zespołu. Gdy słucham nagrań grupy, gdy próbuję jej muzykę wpisać w szerszy kontekst, nazwać, właśnie „salonowe” skojarzenia – za sprawą frontmana – przychodzą mi do głowy. I, broń Boże, nie jest moją intencją dewaluowanie wartości takiego grania.

Elegancja w „rokendrolu” to przecież nic nowego. Mistrzostwo w tej dziedzinie osiągnęli Brian Ferry i jego Roxy Music. Wertując książeczkę dołączoną do płyty SJH, oglądamy zdjęcia czterech porządnie ubranych facetów wykonane w szacownych wnętrzach katowickiego kinoteatru „Rialto”.

Głos Tomasza Pełczyńskiego ma inną barwę, a jednak zdecydowanie z Ferrym mi się kojarzy. Podobnie jak tamten, nikogo nie wyprowadzi swym atawistycznym krzykiem albo piaskiem w gardle na ulicę. Za to dobra dykcja sprawia, że nie ucieka nam ani jedno wyśpiewywane słowo. Teksty może nie są rockową poezją, ale trzymają przyzwoity poziom.