Przyjemnie jest pójść do kina na przyjemny film i wyjść z niego zadowolonym. Przyjemnie, prawda? Nie oszukujmy się, każdy z nas potrzebuje tego raz na jakiś czas. I nie ma znaczenia czy to kom-rom wygrzebany z folderu guilty pleasure, kolejny film z Sandrą Bullock czy tani horror pełen niedorzecznie gęstej, soczyście czerwonej krwi. Ważne, by było to miłe, lekkie, czasami naiwne. Ja co jakiś czas sięgam po niezobowiązujące pozycje, po których wcale nie spodziewam się wielkich emocji, wiem też jednak, że nie są tanią rozrywką dla mas.

Takim filmem wydał mi się „Begin Again”. Sama Keira Knightley mówi, że chciała, by było to coś pozytywnego. Chciała by był to film z gatunku życie-mnie-nie-oszczędza-obejrzę-film-i-się-uśmiechnę. Tak, właśnie z tego gatunku – innymi słowy feel-good movie. Więc, odpoczywając od wielkich twórców, metafizycznych bolączek, symbolicznych zagadek i innych tworów ważniejszych od najważniejszych, zamiast kolejny raz wałkować Bridget Jones wybrałem się do kina na nowy film Johna Carneya. Czy żałuję? Zdecydowanie nie.

Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że to komedia romantyczna. Coś w stylu „Prosto w serce” z Drew Barrymore i Hugh Grantem. Komedią ten film jest. Romantycznym też można go nazwać. Głównie jednak jest to, lekki, bo lekki, dramat. Dramat muzyczny na dodatek. Główną bohaterką „Zacznijmy od nowa” jest Greta, kompozytorka do szuflady, która swojemu chłopakowi, wschodzącej gwieździe, towarzyszy w podróży do Nowego Jorku. Tam poznaje nieradzącego sobie z życiem producenta muzycznego – Dana. Spotkanie tych dwojga okazuje się szansą na niezapomnianą przygodę i kompletną odmianę ich żyć. Mogą zacząć od nowa.

Głównym atutem „Begin Again” jest skontrastowanie dwójki bohaterów, którzy lgną do siebie, tworząc niepowtarzalną więź.

Tagi: Zacznijmy od nowa, Begin Again, Keira Knightley, Mark Ruffalo, komedia, muzyka.