Mogę dzisiaj spokojnie powiedzieć, że widziałem już w swoim życiu bardzo, bardzo wiele koncertów. W latach 80., gdy były – jeśli chodzi o gości z Zachodu – rzadkością, w latach 90., gdy udało mi się spełnić wiele muzycznych marzeń. I wciąż chodzę, i wciąż jeszcze coś jest do zaliczenia. Jak w przypadku Erica Claptona, którego nie dane było mi usłyszeć w Spodku w 1979 roku, kiedy miałem lat siedemnaście, a dopiero teraz, gdy mam na liczniku trzy razy więcej.

Dużo już tego widziałem, już nie tak łatwo mnie zachwycić, oczarować, porwać. Lecz przecież nadal mam tę swoją ekstraklasę, dziś już o wiele bardziej stabilną niż kiedyś, i E. C. zdecydowanie się do niej zalicza.

Atlas Arena była pełna, bilety na Mr. Erica sprzedały się jak ciepłe bułeczki. Jako mieszkańcy Katowic, dwa małżeństwa, trochę zbyt późno zdecydowaliśmy się podpisać listę obecności i nie pozostało nam nic innego, jak zadowolić się biletami na płycie.

I, nim wreszcie przejdę do meritum, muszę Wam się do czegoś przyznać. Grzebię w pamięci – kiedyż to ostatni raz stałem w dużej hali na płycie? I wychodzi mi, że w Spodku na Nazareth ze trzydzieści lat temu. Bozia nie obdarzyła mnie szczególnym wzrostem, zwłaszcza w dzisiejszym pojęciu, więc miałem w piątek poważny problem.

Póki grał Andy Fairweather Low występujący przed gwiazdą wieczoru (nazwisko tego walijskiego gitarzysty pojawia się m.in. w opisie płyty Unplugged), składałem to na karb tego, że suporty zwykle grają na ćwierć mocy. Ale potem wyszli ci, na których wszyscy czekali, i pozostałem ze swym problemem. Mało basów, świszczące wysokie tony. Do cholery, przecież to niemożliwe, aby Clapton był tak kiepsko nagłośniony! Trochę późno, ale wreszcie mnie olśniło – że efekt słyszalny w moich uszach to sprawa ludzkiej ściany przede mną. Zmieniłem miejsce, stanąłem przy schodach, co nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem i… Wreszcie widziałem całą scenę, a – co najważniejsze – muzyka rozbrzmiała rewelacyjnie. Nie mogę sobie wybaczyć, że nie przemyślałem tej kwestii przed koncertem.

Clapton, mimo iż z mojej listy najwyżej cenionych artystów, nie jest tym, którego karierę śledzę bardzo uważnie. Jest przecież już bardzo długa, miała swoje wzloty i słabsze momenty. Kocham Cream, Blind Faith, Derek And The Dominos, lecz do późniejszych rzeczy, z paroma wyjątkami, z Unplugged na czele, nabożnego stosunku nie mam. Ale, ale – w wielkim jego dorobku jest całe mnóstwo przepięknych, znakomitych utworów. No i co w przypadku koncertu niezwykle istotne – Pan Eric na żywo to osobna bajka, czego dowodzą liczne albumy live.

Clapton to stara, dobra, najlepsza szkoła. Czas, gdy – na konferencji prasowej w Warszawie w 1979 roku, zapytany, czy widzi jakichś następców, odparł bardzo nieskromnie: „Nie… nie!”, ma już dawno za sobą. Jak się ma sześćdziesiąt osiem lat, to z pewnością należy się cieszyć, że zdrowie dopisuje, że wciąż można robić to, co się kocha. Bez oglądania się na cokolwiek i kogokolwiek, trendy, mody, nowe brzmienia i najpopularniejszych w danym czasie wykonawców. Clapton już nic nie musi, a jedynie może.