W tym roku jakoś dziwnie jestem w tyle ze wszystkimi nowościami kinowymi, nominacje do Oscarów też w połowie jeszcze przede mną, nawet nie zamierzam się bawić w typowanie (choć po cichu stawiam na Wilka i na nie widziany jeszcze Tajemnica Filomeny. Udało się za upolować sporo fajnych rzecz w tv, nadal więc będzie sporo notek filmowych. Z obiecanych na pewno jeszcze w tym tygodniu „Grawitacja”.

A dziś inny o który mnie poproszono, by dłużej nie czekał. W ciągu kilku ostatnich tygodni dwa udało się upolować dwa filmy Jacques’a Audiarda i jestem pod sporym wrażeniem jego talentu do kreowania ciekawych opowieści o ludziach. Za kilka dni o „Proroku”, ale najpierw nowszy „Rust and Bone”.

Co jest charakterystyczne dla bohaterów tego reżysera to fakt, że „mają pod górkę”. Nikt nie daje im forów, a że życie nigdy nie było dla nich łaskawe, nawet pomoc innych przyjmują z nieufnością, lub obojętnością. Widzą, że muszą przede wszystkim liczyć na siebie. Swoją siłę. Wytrzymałość. Spryt.

Co ciekawe jednak historie te nie idą w przewidywalnym kierunku kina społecznego – pokazać jakiś problem, winne społeczeństwo, albo system, który nie wyciąga ręki, apelować o zrozumienie, litość. Tymczasem dostajemy portrety niebanalne i nieoczywiste.

Ali to facet, który idzie przez życie nie oglądając się na prawo. Jak trzeba kradnie, kombinuje i generalnie żyje z dnia na dzień. Gdy zostaje sam z małym synkiem, jedzie przez cały kraj, by zwalić się na głowę siostrze.

Tagi: Rust and Bone, film, recenzja, Jacques Audiard.