Zwyczajna rodzina. Może nawet nadzwyczajna, bo wszyscy piękni, mądrzy, zdolni. Małżeństwo i dwójka dzieci. On szanowany i lubiany dyrektor szkoły, ona zajmuje się domem. Szczęściara. Ma kochane dzieciaki, z których może być dumna. Mają po kilkanaście lat i spore szanse na wspaniałą przyszłość. Mąż jest przystojny, zawsze uśmiechnięty, towarzyski. Ideał. Na dodatek świetnie zarabia, więc ona nie musi pracować. Może spokojnie zająć się prowadzeniem idealnego domu dla idealnej rodziny. Mimo tej idylli, Kathryn nie sprawia wrażenia szczęśliwej. Trzyma się z boku, jest raczej milcząca, rzadko się uśmiecha, czasami spogląda na świat niewidzącymi oczyma i wzbudza ogólną wesołość swym dziwnym zwyczajem codziennego prania pościeli (rodzina mieszka w pobliżu szkoły, więc Kate jest nieustannie narażona na drwiny dzieciaków).

Powieść zaczyna się mocno. Zakrwawione męskie zwłoki i kobieta, która spokojnie bierze do reki telefon wybierając numer alarmowy. „Właśnie zamordowałam męża”- mówi beznamiętnie do słuchawki. Co takiego działo się za zamkniętymi drzwiami? Co sprowokowało spokojną, cichą Kathryn do tak desperackiego i okrutnego czynu?

„Zrobiłam to, żeby móc bez strachu opowiedzieć swoją historię.” I opowiada.

Nie od razu wyjaśnia wszystko. Całą historię poznajemy stopniowo. Przeszłość, przyszłość i teraźniejszość miesza się ze sobą, niczym wysypane z pudełka puzzle. Lata spędzone w strachu i upokorzeniu, pobyt w więzieniu, powrót do życia na wolności. Każdy rozdział jest odpowiednio oznaczony, informując nas, w do którego okresu historii się przenosimy. Raz cofamy się o dziesięć lat, innym razem o pięć. Poszczególne rozdziały wskakują na swoje miejsce w tej całej układance, tworząc historię Kate, ofiary przemocy fizycznej i psychicznej, kobiety, która by odzyskać wolność decyduje się na desperacki, szalony krok, popełnia morderstwo. Z niewoli dostaje się więc do kolejnego więzienia i dopiero po latach odsiadki nareszcie naprawdę odzyskuje wolność. Powraca jednak do świata, w którym niełatwo będzie jej się odnaleźć. Ma pieniądze, spadek po mężu (o ironio!) i pełną swobodę, tylko czy to wystarczy? Skąd wziąć chęci do życia, gdy przeszłość to nie tylko blizny ciele, ale wciąż krwawiące rany na sercu? Jak stawić czoło samotności, odrzuceniu przez własne dzieci? Co dalej począć ze swoim życiem?