Pamiętam ten moment, gdy na bibliotecznej półce w oczy rzucił mi się tytuł „Jeśli się nie obudzę”. Nic mi on nie mówił, ale wzięłam książkę do ręki i już wiedziałam, że jej nie odłożę. Zahipnotyzowała mnie okładką, a fakt, że autor okazał się Hiszpanem, przekonał mnie ostatecznie do zabrania powieści ze sobą.

Javier Yanes zachwycił mnie każdym swoim słowem. Napisał przepiękną, wzruszającą opowieść, mistrzowsko posługując się językiem. Długo nie mogłam trafić na nic równie dobrego, aż do dnia kiedy zabrałam się za „Władcę równin”, debiut Yanesa, który podbił moje serce w chwili, gdy przeczytałam kilka pierwszych stron.

Lux Domini, to hiszpańska posiadłość, która w rękach rodziny dziennikarza Curro Mencía znajdowała się od lat. Z tym miejscem wiążą się wszystkie wspomnienia z dzieciństwa mężczyzny, mnóstwo emocji, anegdot, zabaw, przygód, a także tajemnic. Wiadomość o decyzji rodziców dotyczącej sprzedaży majątku mocno rani młodego mężczyznę.

Lux Domini to nie tylko stare mury pełne wspomnień, to także pewna historia, którą Curro pragnie poznać częściowo ze względu na swą zawodową ciekawość, ale przede wszystkim dlatego, że dotyczy ona jego dziadka. Mencía tylko raz miał okazję spotkać Hamisha Sutherlanda, szkockiego poszukiwacza przygód, niespokojnego ducha.

Krótki romans Szkota z Uke, babką Curro, skończył się pachnącą skandalem ciążą. Co stało się później, nie do końca wiadomo. Jedno jest pewne, Hamish zniknął, a Uke wraz z ojcem wyruszyła na długą tułaczkę poza granicami Hiszpanii. Pozostanie przedstawicieli znamienitej rodziny z tak kompromitującym dowodem lekkomyślności, nie wchodziło bowiem w grę.