Jest 1896 rok. Życie w Sanoku, spokojnym galicyjskim miasteczku, płynie raczej monotonnie. Tym bardziej miejscową ludność elektryzuje fakt, że jeden z szanowanych obywateli zostaje znaleziony martwy pod murem klasztoru. Jest w tej śmierci coś niepokojącego.

Plotki błyskawicznie obiegają miasto. „Rozszarpany na strzępy” – powtarza ktoś rozgorączkowanym głosem. „Ledwo go poznali, chyba po pierścieniu, który nosił na serdecznym palcu lewej dłoni” – dodaje. „Podobno psy wyżarły mu serce. Mówią, że brakowało nie tylko serca, ale i wątroby.” Teorie mnożą się jak grzyby po deszczu. Jaka jest prawda?

Nad prawdą pochylają się mądre głowy. Doktor Zaleski, komisarz Witchenbacher i aptekarz Ochmański. Werdykt brzmi niepokojąco.

„Mamy do czynienia z atakiem zwierzęcia, które zanim zatopiło kły w ciele ofiary, najpierw przytrzymało ją ludzkimi dłońmi?” – cicho upewnia się policjant. Wszystko na to wskazuje. Denata znaleziono posiniaczonego, z ranami kąsanymi w okolicy szyi, barków, ramion i dłoni. Siniaki układają się w kształt, jaki zostawić mogła jedynie dłoń ludzka. Pozostałe rany, to bez wątpienia efekt pogryzienia przez zwierzę. Skwierzyński umarł szybko, choć była to dość bolesna śmierć. Ranny, utopił się we własnej krwi. Ponieważ zwłoki znaleziono na ulicy, teoria o psach, które rzuciły się na rajcę Skwierzyńskiego, wydaje się być całkiem prawdopodobna.

Problem w tym, że w niedługim czasie dochodzi do kolejnej zagadkowej i gwałtownej śmierci. Tym razem zwłoki znaleziono w domu i trudno przypuszczać, by jakikolwiek pies tak po prostu wkradł się do sypialni, by pozbawić życia kolejnego Sanoczanina.