„Wilgotne miejsca” powinny obrzydzić lub przynajmniej delikatnie zniesmaczyć. Jeśli tak nie będzie, martwię się drogi czytelniku o twoją psychikę, serio.

Oglądanie filmu porównać można do patrzenia na czyjeś obsrane majtki lub zmienianie tamponu – kiedy nie możesz odwrócić wzroku. Nie, chwila – dokładnie to miało miejsce w filmie, tylko zobrazowane dwa razy gorzej niż to sobie wyobraziłeś. Bo nie tylko majtki były obsrane, a całe łóżko, co do tamponów to nastąpiła ich wymiana między przyjaciółkami – pozwolę sobie nadmienić – zużytymi tamponami. Po seansie naszła mnie refleksja – jeśli to jest przyjaźń, to ja nie mam przyjaciółek.

Ale zacznijmy od początku…

Nastoletnia Helen ma bardzo dziwne upodobania. Nie przepada za higieną ba, nawet lubi jej brak. Ociera się o najbrudniejsze deski klozetowe w zapomnianych przez świat toaletach, masturbuje się warzywami a ludzkie wydzieliny to jej ulubione substancje. A na domiar złego ma hemoroidy, czy mogło byś gorzej? Mogło. Otóż dziewczyna podczas golenia okolic odbytu zacina się i z wielkim „bólem dupy” trafia do szpitala. I to podczas tego pobytu zaczynamy dogłębnie poznawać dziewczynę, już nie tylko fizycznie a psychicznie, bo ile pierwsza część filmu prezentowała nam fizjologiczne fascynacje dziewczyny, to druga pokazuje nam jej psychologiczne motywacje i niestety film sporo na tym traci, bo motywacje te są tak banalne jak w najwtórniejszej komedii romantycznej.

Helen dorasta w rozbitej rodzinie. Ojciec ma coraz młodsze laski a matka poszukuje miłości, która zastąpi jej miłość do byłego męża lub religii, która choć wypełni tę pustkę.

Tagi: Wilgotne miejsca, film, higiena, problemy, dewiacje.