Do filmów Susanne Bier trafiłem dość okrężną drogą. Zacząłem oglądać amerykańską wersję Braci Jima Sheridana. Pomimo tego, że dość dobrze wspominałem jego „W imię ojca czy Boksera” (chyba głównie ze względu na Daniela Day-Lewisa), to jednak film „Bracia” nie przekonał mnie do siebie.

Później trafiłem na recenzję, gdzie obraz Sheridana był porównywany z jego pierwowzorem, czyli „Braćmi” Susanne Bier i tak trafiłem do tej duńskiej reżyserki. Jest ona obecnie, obok Larsa von Triera oraz Thomasa Vinterberga, jednym z czołowych reżyserów duńskiego kina. Podpisała się pod manifestem Dogma 95, którego twórcami są m.in. powyżsi reżyserzy, i według jego zasad nakręciła „Otwarte serca”. Już wtedy jej twórczość charakteryzowała refleksja nad psychiką człowieka z emocjonalnym zabarwieniem w tle.

„Wesele w Sorrento” to historia Idy (Trine Dyrholm) i Philipa (Pierce Brosnan), którzy wyjeżdżają do gorącej Italii na ślub swoich dzieci. Jej, Dunce, z powodu choroby oraz długotrwałego leczenia rozpada się małżeństwo. On, Anglik mieszkający w Kopenhadze, po śmierci żony stroni od kobiet i popada w pracoholizm. Wszystko jednak się zmienia, kiedy przybywają do Sorrento i malowniczo położonej willi wśród cytrusowych ogrodów.