Dżem nigdy nie grał słabych koncertów. Powiem więcej: nigdy nie grał niezłych koncertów. Pierwszy raz usłyszałem ten zespół na żywo chyba trzydzieści lat temu, grali dobrze. Potem działo się tak, że byłem świadkiem ich występów co najmniej raz w roku. Widziałem, jak z dobrej kapeli stają się bardzo dobrą. Świetną.

I fantastyczne jest to, że lata lecą, skład – także w następstwie najsmutniejszych faktów – parokrotnie się zmieniał, a zespół pozostaje osobnym rozdziałem w muzyce nie tylko polskiej, ale, co powiedział już dawno temu Jan Chojnacki, także europejskiej. To formacja rodem z Południa Stanów.

Wzruszył mnie wczoraj Beno Otręba. Czwarty członek ZZ Top, który za sprawą amerykańskich służb przerzucony został na Śląsk, by graniem bluesa czynić znośniejszym komunizm. Był wyjątkowo ożywiony (Beno, nie komunizm), uśmiechał się raz po raz, podśpiewywał sobie momentami, co przywodziło na myśl lata 80., gdy wielokrotnie podchodził do tego samego mikrofonu co Riedel. Jak zawsze – mistrzowsko napędzał bas, raz po raz zabawiając się z młodszym bratem w stylu Status Quo.

Właśnie. Od dawna już przywykliśmy do tego, że gdy pora na gitarową solówkę, to – jak zauważył mój syn – spoglądaliśmy na prawo, w stronę Jerzego Styczyńskiego. Tymczasem wczoraj jeszcze jedno przypominało mi Dżem sprzed trzydziestu – dwudziestu pięciu lat: praktycznie równy podział solówek między Styczyńskiego i Adama Otrębę. Ten ostatni nie jest może tak efektowny, ale to także fachman z tych (Tych) nie tak znowu licznych stylowych w Polsce. Jak dobrze, że o sobie przypomniał.

Trochę żałowaliśmy, że koncert był takim Dżemem dla wszystkich, że odegrano chyba w komplecie wszystkie „naj”, a z ostatnich dwóch płyt tylko pięć kawałków – „Diabelski żart” i „Do kołyski” z 2004 oraz „Do przodu”, „Nie patrz tak na mnie” i „Partyzanta z Muzy”.

Tagi: Dżem, koncert.