Wielcy romantycy byliby dumni z nowego filmu Jamesa Graya. Ja byłam nim tylko znudzona. Nie ukrywam, że przyciągnęły mnie wielkie nazwiska – Cotillard, Renner i mój osobisty faworyt Phoenix, a poza nimi polski wątek w tle, do których amerykanie nie sięgają zbyt często – chyba że chcą sobie z polaczków pokpić i porzucać sucharami na nasz temat. Historia Nowego Jorku – miasta emigrantów przyprawiona została sowicie wątkiem miłosnym bez składu i ładu. Trochę koślawy trójkąt miłosny, w którym tak naprawdę mam wrażenie zabrakło miłości, a uczucia, które próbowano na ekranie wykreować wyszły bardzo sztucznie.

Lata 20, złoty wiek emigracji. Ewa Cybulska – Polka, wraz z chorą siostrą Magdą starają się dotrzeć do Nowego Jorku. Magda zostaje zatrzymana na Ellis Island i poddana kwarantannie. Za to Ewa dzięki opiece bardzo pomocnego Bruna trafia pod jego dach. Bruno to prawdziwy łajdak, który stał się nim wskutek walki o przetrwanie – jak większość świeżo upieczonych nowojorczyków w tamtych czasach, czego dowiemy się w najlepszej scenie filmu – swoego rodzaju spowiedzi mężczyzny. Obiecuje Ewie opiekę, zabiera ją do swojego teatru i… zmusza do prostytucji, w międzyczasie się w niej zakochując. Sytuacja pary komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy pojawia się kuzyn Bruna – Orlando i tu zaczyna się miłosny trójkąt, o którym wspominałam na początku. Ewa, jak na prawdziwą chrześcijańską matkę Polkę przystało, dzielnie znosi swój krzyż uciemiężonej kobiety. Smuci się i krzywi wręcz Oscarowo. Najwyższa klasa martyrologii polskiej.

Niestety przyznać muszę, że to wszystko wyszło nijak. Ani mnie ta historia nie poruszyła, ani nie wzruszyła. Jedyne co dobre w tym filmie to nazwiska aktorów i to tylko one mogły przyciągnąć kogoś do kina na tę pełną stereotypów, jałową historię siłującą się na bycie kolejnym wielkim melodramatem. Szkoda, że reżyser nie próbował nawet wycisnąć z tych znakomitych aktorów „wszystkich soków” – może nie byłaby to wtedy taka strata czasu.

Na „Powstanie Warszawskie” czekałam z niecierpliwością, szczególnie bo ciekawa byłam tego eksperymentu, którego podjęli się twórcy. Jest to pierwszy w historii dramat wojenny „non-fiction” powstały z archiwalnych kronik kręconych przez samych powstańców. Taśmy wyczyszczono, „pokolorowano” podłożono dialogi, dopisano fabułę i tak powstał ten poruszający film, przedstawiający codzienność Warszawiaków w 1944 roku. Na pomysł wpadł Jan Komasa, który w międzyczasie kręcić zaczął inny fabularny projekt o powstaniu, czyli Miasto 44, którego nota bene doczekac się nie mogę!

Trudno jest oceniać film, który z założenia nie miał wcale powstać. „Powstanie warszawskie” to zlepek kronik, które miały dla potomnych pokazywać, co przeżywali Warszawiacy w czasie powstania. Kamerzystów nigdy nie wysyłano na pierwsze fronty walk, dlatego wiele z sytuacji, które oglądamy są inscenizowane przez powstańców – odgrywają scenki, w których wcześniej uczestniczyli.

Tagi: "Imigrantka", "Powstanie Warszawskie", "Lore", filmy, recenzje.