Otworzyłam „Tymczasową” Małgorzaty Hayles. Przeczytałam stronę, dwie, piętnaście. I już po chwili mnie nie było. Zamieszkałam w tej książce na dobrych kilka godzin. Ciałem i duszą.

To nie jest książka o mnie i całą sobą nie chcę, by kiedykolwiek była, a jednak się w niej odnalazłam od stóp po rozwianą wiatrem grzywkę.

Nie spodziewałam się. Nic a nic. Choć okładka szalenie mi się podobała, kolejne recenzje pozwalały sądzić, że mam w rękach świetną powieść, autorkę miałam przyjemność poznać, a z jej opowieści wynikało, że to bardzo przemyślana fabuła, to nie spodziewałam się.

Nie spodziewałam się, że ta książka zrobi na mnie aż takie wrażenie.

Zaczynamy kursywą, bo początek „Tymczasowej” należy nie do Marty, głównej bohaterki, a do jej męża. Być może, gdyby to jemu było dane zabrać głos, opowiedziałby o swojej żonie, która wbrew prawom natury z motyla zmieniła się w poczwarkę. Codzienność związała jej piękne włosy w bezkształtny węzeł, ubrała w rybaczki i luźne bluzy, zabrała czas na zdobienie twarzy makijażem. Marta zaprzęgnięta w kierat domowych obowiązków nie jest tą samą kobietą, w której się zakochał. Ostatnio większość czasu spędza w łóżku i nie oznacza to wcale podwyższonej ochoty na seks. Zwinięta w kłębek, blada, zmęczona, jakby nękana nieustającą chandrą, niby dba o dom podczas nieobecności męża, ale nie ma to nic wspólnego z radosnym krzątaniem się między praniem, gotowaniem a dziećmi. Jeszcze trochę mężowskich refleksji i kursywa się kończy.

Oddajemy głos Marcie.

„Obecnie żyjemy z Tomkiem w atmosferze schyłku. On chyba też to czuje, bo jego kłamstwa stają się coraz bardziej niechlujne, a nasze rozmowy coraz bardziej wymuszone”. W małżeństwie bohaterów „Tymczasowej” dzieje się źle. Próżno szukać dawnej czułości i bliskości, miłość wydała swoje owoce, po czym powoli zaczęła umierać. Gdy jej zabrakło, ona zwinęła się w kłębek na zimnej pościeli, on przytulił się do gorącego boku w pełnym seksu łóżku kochanki. Mówili już wtedy innymi językami, ich małżeństwo stało się teatrem, w którym każde z nich starało się grać swoje role. Niestety nawet najlepsze przedstawienie musi się kiedyś skończyć. On spakował swoje rzeczy i opuścił scenę, ona została wśród starych dekoracji. Oszukana, zraniona, samotna, z głową pełną kotłujących się myśli.

„Zaczynasz się zastanawiać na swoim udziałem, bo przecież, tłumaczysz sobie, zdrada nie bierze się z próżni, tylko z braku, a to dwa zupełnie inne rodzaje niczego. Czy go zaniedbywałam? Czy byłam nudna w łóżku? Co też może mieć ona, czego nie mam ja?”

Tagi: Małgorzata Hayles, "Tymczasowa", powieść, recenzja, .