Są filmy, które koniecznie muszę zobaczyć w kinie. Są takie, których nie chcę obejrzeć, ani w kinie, ani nigdzie indziej. Są też takie jak „Tylko Bóg wybacza” – które przechodzą obok mnie bez echa, bez przesadnego podniecenia, bez zbędnej niechęci. Ale tym razem było inaczej – bo mimo zupełnego niezainteresowania czułem, że film ten zobaczyć powinienem, że to trzeba, że mogę wiele stracić jeśli się na niego nie wybiorę. Tak też zrobiłem, choć pewności co do jego klasy nie miałem zupełnie.

Wybraliśmy się na późny seans, kompletnie nie czując tego czegoś. Podobnie zresztą jak inni widzowie, niektórzy nie wiedząc nawet o czym „Only God forgives” traktuje. Dziewięćdziesiąt minut później salę kinową opuszczaliśmy zmieszani, zaskoczeni, całkowicie niepewni i zdezorientowani. Film ten okazał się jednym z najosobliwszych doświadczeń z jakimi miałem do czynienia od miesięcy. Jak „Mulholland Drive”, jak „Indland Empire”. I wciąż nie jestem pewien czy mi się to podobało.

Fabułę tego filmu można streścić w kilku zdaniach, choć nie wiem czy reżyserowi zależało na sensownym jej skonstruowaniu. To co dzieje się na ekranie przypomina hulucynacyjne majaki, które – jeśli chcemy – możemy próbować uporządkować, ułożyć jako tako w całość. Prezentuje się to mniej więcej tak – Julian jest właścicielem klubu bokserskiego w Bangkoku, choć tak naprawdę kokosy zbija na handlu narkotykami. Jego brat – Billy – gwałci i morduje szesnastolatkę, a gdy zostaje złapany przez Changa, ten pozwala ojcu ofiary wymierzyć sprawiedliwość.

Matka braci przylatuje do Tajlandii i żąda, by młodszy syn pomścił brata. Chce zemsty, chce, by zginęli ludzie odpowiedzialni za śmierć jej pierworodnego. Sytuacja jak w filmach, których nie lubię, których nie oglądam i które omijam szerokim łukiem. Jednak Refn tylko przez chwilę pozwala nam cieszyć się logicznie ułożoną fabułą, by wrzucić nas w wir sennych koszmarów, przygaszonych świateł, niepokoju i niezadowolenia. Tak – niezadowolenia. Bo to wcale nie jest przyjemny film.

cinemuwi.blogspot.com