Moje pierwsze, literackie spotkanie z tym autorem było zupełnie przypadkowe, wynikające z potrzeby chwili i, niestety, niezbyt udane. Wybierałam się na afrykański kontynent i poszukiwałam poświęconych jemu publikacji. Nie tylko przewodników, ale i literatury podróżniczej w dowolnej formie, a ponieważ akurat na rynku wydawniczym pojawił się Heban tegoż autora – wypożyczyłam.

Przy okazji również jego Cesarza, bo akurat był dostępny na bibliotecznej półce. Jak się później dowiedziałam z obecnie wydanej pozycji, trafiłam na pierwszy rodzaj książki (ale dziewiątą książkę z kolei) w dorobku autora (mowa o Cesarzu) pomyślany od początku do końca jako całość, charakteryzujący się oryginalną koncepcją, strukturą i konstrukcją oraz ostatnią (mam na myśli Heban), najnowszą publikację w tamtych latach. Utwory więc już dojrzałe, napisane przez reportażystę już rozpoznawalnego, uznanego i z dużym dorobkiem publicystycznym. A mimo tego, po przeczytaniu obu, poczułam lekkie rozczarowanie.

Teraz wiem dlaczego. Po pierwsze moje potrzeby były bardziej konkretne niż oferowane w Cesarzu przesłanie ponadczasowe, a po drugie rzuciłam się na głębokie wody najważniejszej warstwy filozoficznej i społecznej, a tymczasem bardziej interesowało mnie, jak przeżyć w upale i nie dać się malarii. Popełniłam błąd zaczynając przygodę z twórczością autora od książek, a nie od reportaży. Efekt był taki, że od tamtego czasu nie sięgnęłam już po żadną jego pozycję, przyglądając się z boku szumowi medialnemu wokół jego pisarstwa i postaci.

Aż do teraz. Zadecydował o tym charakter najnowszej publikacji. Nie reporterski, nie opowieściowy, a warsztatowy, w którym, jako czytelniczka pisząca o swojej pasji książkowej, mogłabym znaleźć coś dla siebie, czegoś nauczyć się, dowiedzieć lub poznać coś z zakresu tajemnicy dobrego przekazu. Taką niezapomnianą i udaną przygodę przeżyłam już z mistrzem pióra, noblistą Mariem Vargasem Llosą, więc dlaczego nie z naszym polskim mistrzem, uważanym przez wielu dziennikarzy (jeśli nie przez ich większość) za guru w tej dziedzinie?

To, co mnie zaskoczyło w tych wykładach wygłoszonych podczas warsztatów w Bueinos Aires w 2002 roku i w rozmowach z włoskimi dziennikarzami Marią Nadotti w 1994 i 1999 roku oraz Andreą Semplicim w 1999 roku, które odpowiednio składały się na część, roboczo nazwaną, odpowiednio: hiszpańską – Pięć zmysłów dziennikarza i włoską, której podtytuł stał się tytułem głównym publikacji, to człowieczeństwo.

Myśl, która niezmiennie towarzyszyła mi podczas czytania wykładów, wyzierała z każdego zdania, sprowadzała poruszane problemy społeczno-polityczne do wspólnego mianownika to – dziennikarz jest najpierw człowiekiem z pasją, a dopiero potem reporterem. Szczególnie było to uwidocznione w części hiszpańskiej, w której dzielił się ze studentami, adeptami sztuki dziennikarstwa, swoimi doświadczeniami i wynikającymi z nich przemyśleniami na temat kierunków rozwoju mediów, ich wpływu na dziennikarstwo współczesne, niebezpieczeństwach z tego płynące dla zawodu dziennikarza i starej szkoły relacjonowania wydarzeń, cały czas apelując o konieczność obecności niezbędnych cech w zawodzie takich, jak: altruizm, pokora, szacunek dla rozmówcy, empatia, wrażliwość i ciągły głód wszechstronnej wiedzy owocujący stałym dokształcaniem się z różnych dziedzin – antropologii, socjologii, nauk politycznych, psychologii, literatury i innych. Cech, które ulegają we współczesnym dziennikarstwie atrofii. W obecnym świecie informacji, w którym królują gorące wiadomości, to bardzo ważny głos.