Wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali dnia kiedy Wielki Gatsby pojawi się w kinach. Wszyscy spekulowali, dyskutowali, odznaczali dni w kalendarzu. Bo to nie jest zwyczajny film, ten film jest wielki! Wszyscy poza mną. O premierze dowiedziałem się stosunkowo niedawno, a do kina wybrałem się głównie przez sympatię do Carey Mulligan.

Muszę przyznać się do tego, że o tytule nie słyszałem, mimo wielu ekranizacji powieści Fitzgeralda. Może to i dobrze, na film wybrałem się bez zbędnych uprzedzeń. Niestety – przez ogólne zamieszanie, tak wiele mnożących się w ostatnich dniach informacji, ciągłych nawiązań i przypomnień – bo niemal każdy wtrącił o filmie własne trzy grosze – wiązałem z nim wielkie nadzieje. Wokół Wielkiego Gatsby’ego zawrzało, a co za tym idzie – i ja gotowałem się na coś niezwykłego. I przez te wygórowane wymagania po skończonym seansie czułem niedosyt i rozżalenie. Bo spodziewałem się czegoś innego. Bo chciałem czegoś więcej. To co dostałem nie było złe, ale nie do końca pokryło się z moimi oczekiwaniami.

Prowadzeni głosem Tobey’ego Maguire’a przenosimy się do Nowego Jorku lat dwudziestych XX wieku, Nowego Jorku pełnego splendoru i bogactwa, rządzonego przez majętnych i zamożnych.  Jedną z takich osób jest Gatsby – milioner znany z hucznych przyjęć, trwonienia pieniędzy na fajerwerki, konfetti i świecące dodatki. Nie chodzi mu wcale o zwrócenie na siebie uwagi całego świata, a jednej jedynej osoby – Daisy. Łączyła ich kiedyś niezwykła więź, jednak ich drogi się rozeszły. W czasie gdy Gatsby się bogacił, kobieta wyszła za mąż za innego bogacza – Toma. Po latach mężczyzna wraca, by odzyskać swoją dawną miłość i rozpalić uczucie, które trwało w nich przez cały ten czas.

Jest to opowieść o człowieku, który swoją kochankę próbuje zdobyć poświęcając jej wszystko. Ten wielki zamek, wystawne przyjęcia, garnitury, koszule, drogie perfumy – to wszystko dla Daisy.