Fascynuje mnie sztuka – głównie film i literatura – związana z religią, choć do pobożności trochę (tyci tyci) mi brakuje. Klasztory, śluby zakonne, obcowanie z Bogiem to temat, który wciąż i wciąż można odkrywać na nowo. Jedną z najlepszych książek jakie czytałem (a nie jest ich wcale tak wiele) jest Zakonnica Diderota, w której autor otwarcie pisze o zakłamaniu, obłudzie i okrucieństwie panującym w zakonach XVII wiecznej Francji.

Tajemnica Filomeny, film oparty na historii pisanej przez życie, udowadnia, że nawet i w XXI wieku możemy obserwować, już nie tak drastyczną, bezwzględność kleru. I to szokuje, bo bestialstwo tych, którzy powinni wykazywać się miłosierdziem szokować będzie zawsze. A jeśli dodamy do tego ofiarę, która ofiarą wcale nie chce się widzieć, przez wychowanie winą nie obarczająca ludzi ani nawet Boga, ślepo wierząca w to, że Jezus-nasz-pan sam wszystkich osądzi, dostajemy film, o którym dyskutować można godzinami.

Philomena Lee to nie najmłodsza już, prostolinijna, religijna Irlandka. Po pięćdziesięciu latach skrywania tajemnicy, w końcu postanawia wyjawić prawdę – jako młoda dziewczyna zaszła w ciążę, znajdując się w klasztorze urodziła dziecko, które kilka lat później zostało jej odebrane. Z pomocą dziennikarza – Martina Sixsmitha – pragnie odnaleźć syna i dowiedzieć się czy przez cały ten czas zastanawiał się kim jest, skąd pochodzi, czy myślał o niej, o swoich korzeniach, w końcu – jakim jest człowiekiem.

Reżyser przedstawia nam dwa skrajne charaktery – przesądną, religijną i niewykształconą Filomenę łączy w parę z Martinem – sprytnym, sarkastycznym, trzeźwo patrzącym na świat dziennikarzem. Obie postaci można polubić tak samo łatwo jak skrytykować.

Tagi: Tajemnica Filomeny, film, recenzja, zakonnice, dziecko, wiara, Bóg.