Czy aktor może „podobać się” w roli, w której nie widzimy jego twarzy? W której grać może tylko ciałem, bo jego głowę przysłania maska. Nie na chwilę, ale przez cały film…

Słynny body language nabiera nowego znaczenia. Otóż da się moi drodzy, da. Michael Fassbender zdaje się nie mieć z tym problemu. Odkąd dowiedziałam się, że Fass zagra rolę lidera alternatywnego bandu, który chowa się pod wielką sztuczną głową, pomyślałam – Kurcze to brzmi tak genialnie dziwnie, że muszę to zobaczyć. Tym większa była moja radość, kiedy cudni ludzie z GutekFilm postanowili zorganizować nam (blogerom filmowym) przedpremierowy pokaż w Muranowie. Klasnęłam w ręce! Na dodatek dowiedziałam się, że film inspirowany jest prawdziwą historią… Po prostu WOW.

Jon (Domhnall Gleeson) to nieudacznik z nudną pracą, wciąż mieszkający z rodzicami i skrycie marzący o wielkiej karierze muzyka. Problem w tym, że wena nie przychodzi, a piosenki jakoś nie chcą się same pisać. W końcu los stawia go na drodze alternatywnego (bardzo alternatywnego) zespołu i po jednym próbnym gigu, zgranym w zastępstwie za usiłującego popełnić samobójstwo klawiszowca – dostaje się do kapeli. Rzuca nudną pracę i wyrusza w nieznane spełniać marzenia. A dokładniej – niczego nieświadomego wywożą go do chatki na końcu świata, gdzie spędzają długie miesiące na często nieudolnych próbach skomponowania nowej płyty.

Tagi: Frank, muzyka, zespół, marzenia, film, YouTube.