Dawid Podsiadło, przesympatyczny młody człowiek, nagrał płytę, jakiej większość popowych wykonawców nie tylko na naszym rynku nie nagra nigdy. Do dyskotek się nie nadaje, wolna jest od ogłupiających rytmów i beatów, więcej na niej neurotyczności i nostalgii. A jednak rodzą się we mnie wątpliwości. I nimi chcę się z Wami podzielić.

Pop starzeje się najszybciej. Dlatego że najbardziej reaguje na mody, na nowe technologie, na nowinki studiów nagraniowych. Moja reakcja na przebojowe piosenki sprzed dziesięciu, dwudziestu czy więcej lat zwykle daleka jest od entuzjazmu (choćby ostatnio, w knajpce w Krakowie, do obiadu: „I Just Called To Say I Love You” Wondera czy „Wonderful Life” Blacka). Czasem wręcz przychodzi mi do głowy okrutna fraza: za co Kain zabił Abla? Za puszczanie starych przebojów.

Omiatam wzrokiem domowe półki z płytami: Ania Dąbrowska, For Dee, Desu (o rany!), De Mono, Bisquit, Varius Manx jeszcze z Lipnicką. Nie, nie wszystko, broń Boże, jest złe. A jednak ochoty, by do tego wracać, jest we mnie mniej niż do płyt zdecydowanie rockowych wydanych w podobnym czasie. Jasne – też nie wszystkich. Ale jestem pewien, że na bezlitosnym sicie czasu konkretnego grania ostaje się znaczniejsza ilość, że z popu ocaleje po latach wątła kupka płyt.

Tagi: Dawid Podsiadło, płyta, pop.