W ubiegłym roku filmowcy chętnie sięgali do tak klasycznego źródła, jakim są baśnie. Świadczyć o tym mogą chociażby takie produkcje, jak „Hansel i Gretel” czy „Jack pogromca olbrzymów”. Jednak zdaje się, że to właśnie „Śnieżka” braci Grimm najmocniej odcisnęła się w pamięci widzów. Wszystko to za sprawą aż trzech adaptacji tej znanej wszystkim historii. Kameralny, a przy tym niezwykle pomysłowy film Pablo Bergera, który dopiero w te wakacje zagościł na ekranach naszych kin, uniknął porównywań oraz rywalizacji z dwoma pełnymi gwiazd hollywoodzkimi produkcjami („Mirror, Mirror” i „Królewna Śnieżka i Łowca”), lecz to właśnie ta hiszpańska wersja najlepiej akcentuje charakter baśniowego pierwowzoru, przy jednoczesnym wprowadzeniu całości na nowe tory.

Być może Michael Hazanavicius, reżyser oscarowego „Artysty” wyznaczył pewien nowy trend we współczesnym kinie. Owszem, filmowcy nawet wcześniej nie bali się oddawać hołdu niemej kinematografii, czego przykładem może być chociażby Louis z 2010 roku, jednak potrzeba było chyba tak głośnej produkcji, jak „Artysta”, aby moda na taką konwencję bardziej przekonała do siebie zarówno twórców, jak też widzów.

Tę samą drogę zdecydował się obrać Pablo Berger. Jego czarno-biała „Śnieżka” w przeciwieństwie do filmu Hazanaviciusa nie jest jednocześnie hołdem i pastiszem, Berger mocniej trzyma się ówczesnym ram, do „dzisiejszego” widza zaledwie mrugając porozumiewawczo nowocześniejszym montażem, czy podmienieniem jednego z karłów na transwestytę. Ale właśnie takie elementy pozwalają wyrwać się „Śnieżce” ze skostniałych archaicznych norm, czyniąc ją wyjątkowo atrakcyjną dla współczesnego widza.