Coraz więcej powstaje niszowych filmów animowanych, takich na których oko zawieszą nie dzieci, a widzowie ciut starsi. I bardzo dobrze – seanse „Iluzjonisty” czy „Kota w Paryżu” to czysta przyjemność. Zrealizowane po mistrzowsku, z ciekawą fabułą, pełnie niebanalnych rozwiązań.

Wiadomo jednak, że czasami komuś powinie się noga i chociaż chciałby zrobić coś naprawdę dobrego to i tak wyjdzie jak wyjdzie. Sam fakt odmienności produkcji nie stanowi o jej świetności – choć niektórzy mają nadzieje, że zauważalna na pierwszy rzut oka inność załatwi sprawę. Z bólem serca muszę stwierdzić, że tym, któremu tym razem nie wyszło okazał się Patrice Leconte, a „Sklep dla samobójców” nie czaruje, a rozczarowuje. Tak to jest kiedy nie ma się konkretnego pomysłu na poprowadzenie historii – proszę bardzo, kolejny świetny koncept ląduje w worku niewykorzystanych potencjałów. A tak bardzo chciałem wierzyć, że będzie to coś wielkiego.

Bo temat tej kreskówki jest szalenie ciekawy! I aż trudno uwierzyć w to, że ktoś pozwolił na jego zmarnowanie. Przenosimy się do miasta gdzie w powietrzu czuć beznadzieję życia, a każdy jego mieszkaniec marzy o, bardziej lub mniej fikuśnej, śmierci. Dzięki temu rodzinny biznes Mishimy i Lucrèce prosperuje tak dobrze – „Sklep dla samobójców”, w którym nieszczęśnicy mogą zaopatrzyć się we wszystko czego dusza zapragnie (od trucizn, przez gazy, po miecze i rewolwery), jest ich jedynym wybawieniem.