Nadal jakieś takie jesienno nostalgiczne klimaty w odtwarzaczu. Tym razem głos, który znam i lubię od lat kilkunastu (a może kilkudziesięciu?). Ile to już było prób przebicia się tego artysty na rynek, ile już płyt? Zmieniają się trochę pomysły na repertuar, ale głos pozostaje ten sam, zresztą muza też podobna – fascynacje do soulu, gospel i czarnymi brzmieniami były przecież u niego zawsze.

Tym razem po 4 latach nieobecności Mietek Szcześniak wrócił w dobrym stylu. Ale od razu warto zaznaczyć, że mimo świetnej dopracowanej, produkcji, jest to płyta, która pewnie nie zdobędzie szerokiej popularności, no chyba, że wśród słuchaczy smooth jazzowych audycji Niedźwiedzkiego. Czy ktoś zwrócił na ten krążek w ubiegłym roku? A przecież rzecz jest na taką pogodę idealna – to muza delikatna, nastrojowa, klimatyczna…

Tagi: Mietek Szcześniak, powrót, „Sings”.