Wywodzący się z buddyjskiej doktryny termin samsara (inaczej saṅsāra), to nieustanna wędrówka, cykl życia i śmierci, nie tylko w czysto biologicznym znaczeniu tych słów. Wierząc w waszą wrodzoną światłość umysłu, nie zamierzam dłużej rozwodzić się nad istotą tego pojęcia.

Pragnę pokrótce opowiedzieć o filmie Rona Fricke, którego tytuł (“Samsara”) nie został nadany bez powodu. Nie mogę zgodzić się zarówno z tymi, którzy hiperbolizują jej przekaz, jak i z osobnikami uznającymi “Samsarę” za dzieło płytkie, przeładowane mądrością, którą prawdopodobnie każdy już posiadł. Jako były uczeń Arystotelesa i wyznawca filozofii złotego środka, powiem wam jedno:

“Samsara” jest prawdą. Będę to powtarzał jak mantrę. Niezależnie od skrajności śmiałych interpretacji, młodsza siostra “Baraki” jest jedynie żywym obrazem świata, na którym przyszło nam wieść nasze życie. Nic prostszego. W kwestii estetyki “Samsarę” należałoby opisać w sposób równie nieskomplikowany. Wystarczy użyć jednego słowa. Piękno.