To chyba rewolucja! Albo i mój osobisty przełom – tak, śmiałem się w kinie! Śmiałem się w kinie NA KOMEDII!

Gatunek, który powoli spisuję na straty opluwa mnie co rusz kolejnymi silącymi się na zabawny ton wyrobami filmopodobnymi wywołującymi jedynie zmieszanie – nic też dziwnego, że zacząłem wątpić w świetność tej dziedziny kina. Spójrzmy prawdzie w oczy – chamski, wulgarny humor góruje w dzisiejszych produkcjach, a jeśli nie on, to tępe, ani trochę śmieszne gagi.

Czym raczono nas przez ostatnio miesiące? „Movie 43” świetnie nadaje się do torturowania więźniów politycznych, jednak jako film oglądany dla relaksu nie sprawdza się nawet przez chwilę (dobra, przez chwilę, ale czy dla kilku minut warto męczyć się półtorej godziny?).

„Kac Vegas III” to odgrzany kotlet, nijak mający się do części pierwszej, która sama w sobie nie była arcydziełem. Z trudem szukam w pamięci kinowego seansu, który przyniósł mi prawdziwą przyjemność i niezobowiązującą rozrywkę, która, koniec końców, nie okazała się drogą przez męki. I nagle nadeszli oni. Zupełnie niespodziewanie. Podobni do wszystkich poprzednich. A jednak! To „Millerowie”.