Od 24 czerwca na deskach lubelskiego Teatru Osterwy można oglądać adaptację „Mistrza i Małgorzaty” w reżyserii Artura Tyszkiewicza. Wielowątkową powieść Bułhakowa nieco skrócono (pozbyto się wątku Piłata i Jeszui), w niektórych kwestiach dostosowano do współczesności, zrezygnowano również z wątków politycznych. Została rozrywka w najczystszej postaci i historia o miłości, która mogłaby się rozgrywać tak w Moskwie, jak i w innym miejscu na świecie. Warto wspomnieć, że na potrzeby spektaklu całkowicie przebudowano wnętrze teatru; w miejscu, gdzie poprzednio mieściła się widownia, zbudowano obrotową scenę, tak aby balkoniki znajdowały się nad nią. Już to wprowadza uczucie zaburzenia porządku, który potem udziela się w czasie spektaklu. „Mistrz i Małgorzata” Artura Tyszkiewicza to istne szaleństwo.

Akcja rozgrywa się w moskiewskim teatrze „Variétés”, do którego przybywa tajemniczy Woland. Przedstawia tam swoje pokazy czarnej magii, zjednując sobie publiczność. Z czasem jednak zaczyna wprowadzać chaos, przejmując kontrolę nad teatrem, wywracając życia pracowników do góry nogami, innych doprowadzając na skraj szaleństwa, a wreszcie… przejmując dusze. Woland to bowiem nie kto inny, jak szatan w ludzkiej postaci.

Historia Mistrza i Małgorzaty – wątek tytułowy opowiadający o wierności i miłości ponad wszystko – jest tutaj zepchnięty na drugi plan i jednak ugina się pod ekspozycją Wolanda. Nie umniejsza to mimo wszystko wagi tego wątku, wybrzmiewa on w końcówce z całą siłą. Przez większość czasu jest to jednak fabularnie poszatkowana jazda bez trzymanki. Historie poszczególnych postaci przeplatają się ze sobą, niekiedy nawet rozgrywają się w tym samym momencie na scenie. Tak jak nazwa moskiewskiego teatru – variétés – tak, cały spektakl Tyszkiewicza utrzymany jest w takiej formie, czyli wszystkiego mamy tu dużo: jest fantazyjna scenografia, rozrywka, sztuczki magiczne, popisy, piosenki (zaskakujące wplecenie piosenek Violetty Villas). Z cyrku, gdzie paradują klauny, przenosimy się do szpitala psychiatrycznego wypełnionego dziwakami, potem zaś trafiamy na imprezę u Wolanda. Niewątpliwie Tyszkiewicz stworzył spektakl rozrywkowy, wybierając z dzieła Bułhakowa to, co najbardziej efektowne, ubierając to w kolorową scenografię, erotykę i klubową muzykę na szatańskim balu. Ale to działa. „Mistrz i Małgorzata” w jego wersji robi piorunujące wrażenie.

Już sam początek potrafi zaskoczyć. Popisy trupy Wolanda to prawdziwe iluzjonistyczne sztuczki. Aktorzy Daniel Dobosz i Wojciech Rusin musieli się naprawdę solidnie przygotować do tego występu. Bawią publiczność jak zawodowi specjaliści, sprawiając że znikają karty, a nawet połykając szpilki ku uciesze widzów. Do tego dochodzi jarmarczna radosna muzyka, interakcja z widownią oraz dużo humoru. Siedzimy weseli i rozluźnieni, zupełnie nieprzygotowani na to, co będzie dalej. A następujący później dialog szatana z głową konferansjera dotyczący istnienia dobra i zła, Boga i diabła, sprowadza nas z powrotem na właściwe tory.

Tagi: "Mistrz i Małgorzata", Teatr Osterwy, Lublin, Artur Tyszkiewicz.