Najwięksi twardziele kina pod wodzą Sylvestra Stallone’a powracają w kolejnej, trzeciej już odsłonie serii „Expendables”. Tym razem reżyserię produkcji powierzono Patrickowi Hughesowi, dotychczas nieznanemu szerszemu gronu odbiorców młodemu twórcy, który wcześniej nakręcił niezbyt udany australijski thriller – „Red Hill”.

Na ekranie ponownie ujrzymy całą śmietankę gwiazd, które dwadzieścia lat temu napędzały akcję w Hollywood, a stałą obsadę wzbogacono tym razem o takie nazwiska, jak Wesley Snipes, Antonio Banderas, Harrison Ford i wreszcie Mel Gibson. Ten ostatni kradnie show dla siebie. Dodając do tego stare wygi ze Stallone’em, Stathamem, Lundgrenem i Schwarzeneggerem na czele, możecie być pewni, że będzie się działo!

Nie oszukujmy się, oglądamy „Niezniszczalnych” przede wszystkim ze względu na sentyment do gwiazd, których poczynania przed laty śledziliśmy na ekranie z gigantyczną radością. Schwarzenegger rozprawiający się z Predatorem, Stallone w ringu, Willis jako nieśmiertelny John McClane – przykłady można mnożyć w nieskończoność. Dziś dobrze wiemy, że w większości panowie stanowią już raczej cienie samych siebie. Oglądanie pokrytych zmarszczkami „Niezniszczalnych” to swojego rodzaju powrót do przeszłości. W tym kontekście fabuła odgrywa drugorzędne znaczenie. Nie było jej ani w pierwszej, ani w drugiej części, co wcale nie przeszkodziło im w odniesieniu sukcesu. Tym razem także nie ma fabuły, a raczej można ją streścić w kilku słowach: grupa najemników kontra bad guy. Całość wzbogacona jest o moralne rozterki Sly’a, który nie chce narażać swoich przyjaciół, więc wymienia starą ekipę na dzieciaków. Ostatecznie wszyscy łączą siły, by efektownie skopać mnóstwo tyłków. I co tu dużo mówić, jak zwykle bardzo dobrze się to ogląda.

Tagi: "Niezniszczalni 3", film, Sylvester Stallone, Jason Statham, Mel Gibson, Antonio Banderas.