„Ratując pana Banksa”, najnowszy film Johna Lee Hancocka, twórcy głośnego przed kilkoma laty „Wielkiego Mike’a”, to obraz wpisujący się w popularną ostatnio biograficzną modę przedstawiania znanych postaci na tle realizacji jednego z ich głośnych dzieł („Hitchcock”, „Mój tydzień z Marilyn”). W tym przypadku mamy do czynienia z P.L. Travers – autorką bestsellerów dla dzieci o Mary Poppins i powstawaniem filmu w wytwórni Disneya. Burzliwe relacje oraz brak porozumienia między Travers a Disneyem stanowiły idealny materiał na kinową historię, niestety, podobnie jak w innych tego rodzaju produkcjach, nie został on w pełni wykorzystany.

Akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Jedna dotyczy dzieciństwa autorki dorastającej w Australii. Ukazana niekiedy z wykorzystaniem ckliwych chwytów relacja małej Travers z jej zmagającym się z alkoholizmem ojcem (w tej roli całkiem niezły Colin Farrell) rzuca dużo światła na rozgrywającą się w latach 60. właściwą historię realizacji filmu o Mary Poppins. W rezultacie Ratując pana Banksa stanowi nie tylko biografię Travers, ale również opowieść o genezie Mary Poppins, co fajnie dopełnia się na ekranie i zbija w jedną całość – naprawdę dobrze się to ogląda.

Jednak fragmenty dotyczące dzieciństwa pisarki, choć potrzebne i posiadające swój odpowiedni klimat, oparte są w dużej mierze na schematach wycelowanych we wrażliwość widza; w rezultacie wypadają nieco słabiej w porównaniu do późniejszych segmentów, w których to już Emma Thompson bryluje przed kamerą.

Tagi: "Ratując pana Banksa", film, Johna Lee Hancocka, Mary Poppins, Disney.