Moja znajomość z „Radiogłowymi” rozpoczęła się dopiero od albumu „Ok Computer”. Po pewnym czasie, w swoim prywatnym nierankingowym zestawieniu, uznałem ten krążek za ostatnie rockowe arcydzieło XX wieku (i tu mi ręka zadrżała, bo chyba mam jeszcze na oku debiutancki album z 1998 roku innej brytyjskiej grupy, o hiszpańskiej nazwie). Dziś wiem także, że ten zespół jest w moim pojmowaniu tzw. muzyki rockowej jednym z tych granicznych.

Jednym z tych, którego dokonania te granice przekroczyły, powodując, iż stałem się obojętny na jego ostatnie propozycje artystyczne. Zawsze zadziwiać mnie będzie, jak kapele mające w swym składzie rasowego gitarowego wymiatacza, potrafią daleko odejść od sześciu strun, perkusji – i zapuścić się w klimaty tak bardzo komputerowo-syntezatorowe, których już moja głowa pojąć nie jest w stanie, a – co istotniejsze – serce nijak pokochać nie potrafi.

Ale, wbrew tytułowi albumu z 1997 roku, w tym przypadku mamy jeszcze w przytłaczającej większości instrumenty, a nie studyjną, elektroniczną robotę, jeśli komputer, to zdecydowanie OK. Jeśli nawiązanie do tradycji, to powłóczystość melodii, ich nieoczywista harmonia, instrumentarium, którym posłużyli się członkowie zespołu – kojarzą się nieodparcie z najlepszymi dokonaniami grup symforockowych. Jestem zdania, że to właśnie dzięki takim albumom widać, że formuła art nie uległa całkowitemu wyczerpaniu, że w tych klimatach da się jeszcze coś bardzo ważnego powiedzieć, że taka jedna płyta Radiohead znaczy więcej niż cała dyskografia Marillionu czy Pendragonu. Ale ja tu o definicjach, a to przecież muzyka. Wspaniała, najpiękniejsza.

Tagi: Radiohead, Radiogłowi, zespół symforockowy.