Precz z uprzedzeniami, fobiami. Precz z myśleniem, że jesteśmy narodem gorszym od i lepszym niż. Chciałbym wierzyć, że pokolenia młodsze od mojego są i będą wolne od takiego sposobu myślenia o świecie i ludziach, ale historia uczy i dowodzi czegoś zupełnie innego. Jednocześnie chyba nie jest też tak, że konsumują dziś sztukę tylko pięknoduchy i ludzie naiwni. Tacy, którym, im starsi, tym mniej to przystoi.

A jednak, wychowany na „Czterech pancernych”, na „Stawce większej niż życie”, na utrwalonym od wieków podziale na dobrych i złych, nie umiem ukryć zdziwienia faktem, że w jednym czteroosobowym zespole spotykają się muzycy z Rumunii, Turcji, Holandii i Niemiec. Bardziej nawet niż tym, że wspólnie mogą zabrzmieć fortepian, lutnia, klarnet (wyjątkowo długi) i zestaw perkusyjny – bardzo nieoczywisty, kojarzący się nieco z instrumentarium stosowanym przez Zohara Fresco.

I właśnie dokonania tria Możdżer-Danielsson-Fresco, mam wrażenie, stanowią punkt odniesienia i inspirację dla kwartetu. Jazz, tak, z pewnością – tego jest w graniu Arify najwięcej. Jazzu łagodnego, delikatnego, tkanego z pięknych nut – ale bynajmniej nie słodkiego (to nie ma nic wspólnego z lukrowanym smooth jazzem).