Dwa takie zeszyty jeszcze leżą w domu. Przechował je mąż. Teraz służą jako eksponaty, które wprowadzają dzieciaki w realia PRL-u. Oczywiście, młodzi nie wyobrażają sobie innego świata niż ten z komputerami, smartfonami. Poprzednia epoka kojarzy im się ewentualnie ze śmiesznymi komediami. Mojemu pokoleniu na widok tego typu zeszytów, może nagle zechcieć się wspominać „dawne, dobre, czasy”…

Beata Chomątowska napisała wcześniej książkę z gatunku: literatura faktu. W ubiegłym roku recenzenci zachwycali się jej „Stacją Muranów”. Sama miałam okazję spotkać autorkę podczas Literackiego Sopotu. Wywołała na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Świetnie i w ciekawy sposób potrafiła opowiadać o swojej książce. Tym bardziej po rozmowie o Muranowie, nie mogłam się doczekać historii o nieco innym charakterze.

Bohaterka książki „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie” wyjeżdża wraz ze swym chłopakiem: R. do Holandii. Z jednej strony chcą zarobić na Zachodzie konkretne pieniądze, a z drugiej poznać na czym polega prawdziwa wolność. Wyruszają do kraju, który kojarzy im się właśnie z takimi atrybutami. Są pewni, że nie będzie żadnych ograniczeń. Kwintesencja raju na ziemskim padole. Kontrast dla Polski, która dopiero zaczyna się podnosić po tym, jak upadł komunizm. Beata i R. ruszają do niby bliskiej Holandii, do której dziś można się dostać w kilka chwil, ale wtedy nie było ich stać na samolot, więc wybierają się w drogę – autostopem. Jak w „Podróży za jeden uśmiech”. Bez przygód się nie obyło.

Beata Chomątowska pokazuje w powieści różnice jakie zaistniały między bohaterami a Holendrami. Młodzi gastarbeiterzy spodziewali się całkowitej swobody, luzu, a przywitał ich chłód mieszkańców Bredy. Nastąpiło zderzenie kultur, bo choć Polska i Holandia nie są tak daleko od siebie położone pod względem geograficznym, ale pod względem kulturowym oba kraje znalazły się na przeciwległych biegunach.

Tagi: Beata Chomątowska, „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie”, literatura faktu, recenzja.