Wygląda na to, że Amerykanie uwielbiają, gdy jakiś twórca weźmie na warsztat przeciętną rodzinę i wyciągnie na wierzch jej wszystkie brudy, nie upiększy na siłę, nie wystylizuje, a celowo przejedzie się po niej jak walcem.

Tak było w przypadku „Małej Miss”, gdzie każdy członek rodziny prezentował jakiś odchył (wujek – niedoszły samobójca, dziadek – erotoman itd.), a gdy wszyscy razem się spotykali, zaczynali krzyczeć, mogliśmy być pewni, że zaraz nastąpi burza. Tak było w przypadku poprzedniego filmu Russella, w którym na dysfunkcyjną rodzinę składali się: despotyczna matka, córki-histeryczki i dwaj bracia bokserzy, z których jeden zaprzepaścił karierę i stał się narkomanem. I tak też jest wreszcie w „Poradniku pozytywnego myślenia”. Bo chociaż to główny bohater ma wahania nastrojów i zaburzenia, to o całej jego rodzinie oraz sąsiadach można powiedzieć, że to jedna wielka banda dziwaków.

Tego rodzaju produkcje prawdopodobnie nie odniosłyby w USA podobnego sukcesu, gdyby twórcy jedynie w zimny sposób portretowali, a czasem nawet stawiali w krzywym zwierciadle obraz amerykańskiej rodziny. Tak jak Smarzowski u nas przedstawia w najciemniejszych barwach polską, paskudną rzeczywistość, pełną naszych najgorszych wad. Tam by to nie przeszło. Amerykanie potrzebują szczęśliwego zakończenia, pozytywnych emocji wzbudzających w widzu poczucie, że nawet na swój sposób patologiczna rodzina może razem zdziałać cuda, bo nadal pozostaje rodziną. W efekcie widz zamiast żalu i odrazy otrzymuje pozytywną energię oraz chęć do działania.