Są tacy twórcy, którym łączenie wielu wątków przychodzi z niezwykłą łatwością. Zazębiające się ze sobą zdarzenia powoli, powolutku układają się w logiczną całość, a kiedy zdaje nam się, że już wszystko wiemy film zaskakuje nas kolejnym zwrotem akcji.

My, głupi widzowie, dajemy się na to nabierać nie od dziś, choć za każdym (teoretycznie) razem kończy się to uznaniem dla umiejętności twórców. I Sergio Castellitto jest przykładem właśnie takiego reżysera – któremu nie straszne mnożące się opowieści, bohaterowie lawirujący między wieloma światami i poruszanie się między skrajnymi emocjami. Niestety w „Powtórnie narodzonym” zdecydował się na zbyt wiele banałów, które oku mniej wprawionego widza giną w natłoku zdarzeń. Posługuje się sprawdzonymi kliszami tworząc stereotypowych bohaterów jak i prowadząc główny wątek – nawet zwroty akcji (nie wszystkie oczywiście) okazują się przewidywalne.

Mamy tu do czynienia z powrotem na stare śmieci – główna bohaterka, nie najmłodsza już Gemma wraz ze swoim synem przylatuje do Sarajewa po kilkunastu latach spędzonych we Włoszech. To właśnie tutaj przeżyła lata swojej młodości. Tu wybuchł płomienny romans między nią a amerykańskim fotografem – Diego. Tu rozpoczęła i zakończyła się miłość jej życia. I już na samym początku reżyser atakuje nas stereotypem – jest luzak, jest porządna dziewczyna. Ona spędza dni w bibliotece studiując chorwacką literaturę, on mierzwi włosy i wsiada na skuter, głodny przygód.

Jako tło ich miłosnych perturbacji Castellitto obiera wojnę domową w Bośni i Hercegowinie. Jeśli ktoś ma jednak nadzieję na sumienną dawkę historii tego obszaru, przemyconą przy okazji rozciągniętej na ponad dwie godziny fabuły, ten srogo się zawiedzie. Wojna jest prowizorką. Jest by być. Jest rekwizytem. W „Powtórnie narodzonym” nie ma ona podstaw, przebiega też bardzo różnie. Jej celem jest jeszcze większa komplikacja związku Gemmy i Diega. I nic poza tym.

Tagi: Powtórnie narodzony, Penélope Cruz, Emile Hirsch, film.