Życie ma różne barwy – czasami wszystko idzie jak w noweli, po naszej myśli i układając się w długi szczęśliwy ciąg. Niestety, coraz częściej w tej samej chwili dosłownie wszystko wali się na głowę i nie wiadomo co ratować najpierw. Czasem jedyne rozwiązanie bałaganu jest schowane głęboko i za nic nie można go odnaleźć w morzu codzienności, a każdy dzień coraz bardziej zaciska beznadziejną sytuację. I choć można w tym momencie schować się pod kołdrę i załamać ręce, warto walczyć – walczyć o kolejny szczęśliwy dzień.

Lucy Silchester to kobieta, która tylko na zewnątrz jest szczęśliwa – udaje wyluzowaną, mądrą, ciekawszą i oczytaną niż jest naprawdę. Tonie w morzu kłamstw, które wymyśla za każdym razem gdy spotyka się z ludźmi i ma je na każdą okazję. To nie ważne, że aby się nie wydały nie może zapraszać nikogo do domu, z przyjęć wychodzi zawsze o wiele za wcześnie, oddala się od swoich przyjaciół i nie lubi swojej pracy. Pewnego dnia przychodzi do niej list – a właściwie to mnóstwo listów – od jej Życia, które chce umówić się z nią na spotkanie. Lucy na początku reaguje z zdziwieniem, sceptycyzmem, lecz wkrótce daje się namówić i po raz pierwszy umawia się z człowiekiem, który zna ją lepiej niż ona sama siebie. Okazuje się jednak, że ta znajomość potrwa dłużej – co z niej wyniknie?

Cecelia Ahern to jedna z tych autorek, które migały mi bardzo często przed oczami i choć wcześniej nie miałam w dłoniach żadnej jej książki, bardzo chciałam przeczytać chociaż jedną z nich aby przekonać się czy naprawdę są takie dobre, jak wszyscy dookoła mówią.

Tagi: Pora na życie, Cecelia Ahern, recenzja.