Powtarzam sobie, że bez względu na to, gdzie człowiek się znajdzie, dom i miłość są dane każdemu z nas jedynie na chwilę. Musimy o nie dbać, dopóki do nas należą, i pielęgnować wspomnienia o nich, gdy ich już zabraknie.

Nie widziała się z narzeczonym pięć lat. Cieszy się więc z wyjazdu, ale i boi jednocześnie. Jest rok 1919, gdy Cathleen Harrington, bohaterka powieści „Kolor jej serca” Barbary Mutch, opuszcza rodzinną Irlandię. Czeka ją daleka podróż. Od teraz jej nowym domem będzie Afryka Południowa. Inny świat, inni ludzie. Czy odnajdzie się w tej nowej rzeczywistości? Niestety nie bardzo. I nie chodzi o upał, złośliwe owady czy wrogie nastawienie tubylców, przed którym ją ostrzegano. Cathleen czuje się wyobcowana, doskwiera jej samotność.

Choć ona i jej mąż Edward wydawali się dla siebie stworzeni, trudno doszukać się między nimi cieplejszych uczuć. On skupia się na pracy, ona głównie na wychowywaniu dzieci. Kobieta smutek zagłusza muzyką. Sporo czasu spędza przy fortepianie. Gdy uderza palcami w klawisze Zimmermana, dom ożywa.

Z dwójki dzieci, które urodziła, tylko jedno jest dla niej pociechą. Phil jest chłopcem ogromnie pogodnym, a przy tym mądrym. Bez wątpienia matka może być z niego dumna, lecz męczy ją ciągły niepokój o córkę. Dziewczynka, od małego sprawia kłopoty i w miarę upływu czasu nie tylko jej charakter nie łagodnieje, a wręcz przeciwnie – z wiekiem Rosemary staje się coraz bardziej pewną siebie egoistką ze stale rosnącymi wymaganiami wobec świata i wiecznym niezadowoleniem z tego, co ów świat oferuje. Matka stara się jak może, by znaleźć z nią wspólny język, ale próżne to wysiłki. To właśnie dlatego jej uwagę przykuwa Ada, córka czarnoskórej służącej, dziecko ciekawe świata, pełne radości życia i, jak się okazuje, uzdolnione muzycznie.

Tagi: Barbara Mutch, apartheid, "Kolor jej serca", recenzja.