Szczęście to uczucie tak ulotne i nietrwałe, że aż ciężko je zdefiniować i opisać. Jedno jest pewne – to uczucie, którego podświadomie pragniemy, którego oczekujemy i którego zawsze chcemy mieć coraz więcej i w jeszcze bardziej pełniejszej formie. I jeszcze jedno – dla każdego człowieka szczęście ma inną barwę i inną postać. A ponieważ tu, na ziemi, swoje szczęście osiągnęli nieliczni, narzekamy i marudzimy, nie potrafimy dostrzec tych najmniejszych, a najpiękniejszych drobiazgów, które połączone w jedną całość tworzą prawdziwy uśmiech i zadowolenie na twarzy i w sercu człowieka.

Kiedy umiera ojciec Pollyanny, dziewczynka nie ma gdzie się podziać, dlatego trafia pod skrzydła chłodnej i despotycznej ciotki, której wcześniej w ogóle nie znała. Na całe szczęście jest dzieckiem rezolutnym, mądrym i optymistycznym, więc od razu zyskuje sobie przyjaciół w nowym miejscu. Z braku dzieci w swojej okolicy, zaprzyjaźnia się z dorosłymi, zaczynając uczyć ich grać w grę, której nauczył ją jej świętej pamięci tatuś – grę w zadowolenie. Polega ona na znajdowaniu dobrych stron w nawet najgorszej sytuacji i wkrótce znajduje rzesze fanów, a uśmiech wesołej dziewczynki staje się lekarstwem na całe zło. Lecz czy zdoła przekonać do siebie także i oziębłą ciotkę?

Klasyka – stara, dobra i nie do zastąpienia. Warto czasami po nią sięgnąć i przypomnieć sobie lektury, który zachwycały już babcie, ciocie i mamy, nie tylko nasze, ale także dziewcząt i chłopców na całym świecie. Pollyanna należy właśnie do tej kategorii – wydana dokładnie sto lat temu zdążyła zachwycić tysiące młodych czytelniczek, które z prostej powieści Eleanor H. Porter czerpały zapał, siłę i inspirację młodej bohaterki. Ja również już kiedyś uległam czarowi Pollyanny i po latach powróciłam do niej ponownie, by zakomunikować, że… ta powieść nic a nic nie straciła na wartości!

Tagi: Pollyanna, sierota.