Podobno nieszczęścia chodzą parami, a jak się wali, to wszystko na raz i z łoskotem. Zahartowany przez życie dorosły nieraz ugnie się pod natłokiem plag i klątw, a co dopiero dziecko, trzynastoletni, rezolutny chłopiec o wyglądzie dziesięciolatka, który powinien biegać z mapą i szukać skarbów, a nie swej zaginionej siostry.

Johnny Merrimon, bohater „Ostatniego dziecka” Johna Harta, pamięta jeszcze dawne czasy, szczęśliwych rodziców, „dom o murowanych ścianach i podwórzu, na którym znajdowało się coś więcej niż goła ziemia i kępki chwastów”. I siostrę, ukochaną bliźniaczkę. Mieli takie same włosy i twarze, śmiali się tak samo. Już z odległości kilku metrów trudno było ich odróżnić. „Mieli taką samą postawę, chodzili tak samo. W większości poranków budzili się o tej samej porze, nawet gdy spali w osobnych pokojach”. Podobno, jak byli mali, mieli swój sekretny język. Johnny nie przypomina sobie tego, jak to było, ale wciąż ma w pamięci to niezwykłe uczucie, że przez „większość swego życia nigdy nie był sam, że doświadczał tego szczególnego poczucia przynależności, które tylko oni dwoje potrafili pojąć”.

Nagle Alyssa znika, a szczęście odwraca się na pięcie i znika wraz z nią. Ojciec, który tamtego dnia nie przyjechał po córkę, ulotnił się dwa tygodnie później. „Zbyt wiele bólu. Zbyt wiele wyrzutów sumienia”. Nie potrafił zapomnieć tego, że zawiódł bliskich. Nie zniósł oskarżeń żony, smutku syna. Zostawił pogrążoną w rozpaczy rodzinę. Jednego dnia był, drugiego już nie.

Po jego odejściu, koło Katherine zaczął się kręcić Ken, bogaty przedsiębiorca w godzinach pracy, tyran po godzinach, od którego matka Johnny’ego szybko się uzależniła. I nie tylko od niego, bo apteczka pełna jest otumaniających leków, w barku nie brak uśmierzających ból dżinów w butelkach. Ken rozkazuje, Katherine pokornie wszystko znosi, a chłopiec w tym czasie, wyposażony w notatnik i mapę ewidencji gruntów, przeczesuje okolicę w poszukiwaniu śladów siostry.

Tagi: John Hart, "Ostatnie dziecko", thriller, dziecko, siostra, recenzja.