Historia Leonii i Jeremiego oraz ich spełnionej miłości, opowiedziana w Wizie do Nowego Jorku, doczekała się kontynuacji. To że spełniona, to nie znaczy, że nieobecna i w drugiej części. Jest! Wprawdzie wystawiona na próbę przetrwania, ale od początku wiedziałam, że przejdzie przez nią bez szwanku, mimo że Leonia (jak zwykle!) troszkę nadinterpretowała jej okoliczności. Ale taka już ta Leonia była.

Skrzywdzona przez męża, ostrożna w zaufaniu kolejnemu mężczyźnie, ale jednocześnie chcąca tym zaufaniem obdarzyć Jeremiego bezgranicznie, będąc głodną uczuć. Spragniona miłości, będąc gotową na „dni i godziny oczekiwania z kobiecej, infantylnej tęsknoty.”
Ale nie tylko tej przydarzającej się kochankom.

Leonia, matka i jednocześnie babcia, nie potrafiła żyć również bez więzi rodzinnych. Córka i obie wnuczki były tak samo ważne, jak mężczyzna w jej życiu. Dla niej wszystkie te osoby były niezbędne do istnienia szczęśliwej rodziny, która spotyka się przy wspólnych posiłkach. To dlatego, w odróżnieniu od części pierwszej, miłość rodzinna jest najważniejszą, pierwszoplanową bohaterką, wokół której doglądaniu, podsycaniu, pielęgnowaniu i umacnianiu krzątała się Leonia, niczym kwoka wokół swoich piskląt, a pomagała jej w tym dyskretnie siostra z… zaświatów.